Showing posts with label Europa. Show all posts
Showing posts with label Europa. Show all posts

Seks po fińsku / Haarautuvan rakkauden talo (2009) [7/10]

plakat Niezła czarna komedia

Naprawdę niezła czarna komedia. Pomimo sporej dawki humoru, wyczuwalny jest typowo skandynawski duszny depresyjny klimacik, co ja akurat uwielbiam. Dlaczego więc właściwie "tylko" 7/10? Momentami brakuje subtelności i niektóre wątki czy postaci naszkicowane są zbyt grubą kreską (karykaturalny wścibski sąsiad, pewne ...eee... romantyczne wybory bohaterów). Przeszkadzało również nagromadzenie dziwnych zbiegów okoliczności - ja rozumiem, że Finlandia nie jest zbyt gęsto zaludnionym krajem, ale naprawdę wszyscy są tam ze sobą spokrewnieni? Chociaż z drugiej strony użycie patentu rodem z "Dynastii" pozwoliło rozwinąć świetny absurdalny wątek.

Warto obejrzeć.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Diana (2017) [5/10]

plakat Zaawansowana arthousja

Dokument, którego tematem są próby komunikacji czy też nasłuchiwanie. Od małżeństwa obserwatorów ptaków, poprzez radioamatorów aż do świrów próbujących komunikować się z duchami. Niestety twórca filmu cierpi na zaawansowaną arthousję, przez co zawartość treści w tym prawie godzinnym obrazie jest homeopatyczna. Najlepsze, bo bardzo zabawne same w sobie, są fragmenty z oszołomami od duchów ("Czy to ty wydałeś ten odgłos w rogu pomieszczenia? Jeśli tak, puknij trzy razy w ławkę, o tak"). Jako całość jest to jednak arthousowo przeciągnięte i pozbawione większego sensu.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Krieg (2017) [7/10]

plakat Wojna i pokój

Dramat o tym, że w sytuacji zagrożenia nawet owieczka będzie gotowa przegryźć wilkowi gardło.

Nie jest to bardzo oryginalne danie, ale bardzo smacznie doprawione. Piękne zdjęcia ośnieżonych Alp, świetna muzyka i solidna gra aktorska wynagradzają obcowanie z mało odkrywczym, choć niegłupim, scenariuszem. Niepokojący klimat niesprecyzowanego zagrożenia sprawia, że nie nudzimy się ani przez chwilę pomimo niejakiej szablonowości historii. Warto obejrzeć.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Crash Test Aglaé (2017) [9.5/10]

plakat Aglaé Miauczyńska jedzie do Indii

"Crash Test Aglaé" to historia Aglaé (w tej roli India Hair - to nie żart, tak nazywa się aktorka), młodej kobiety z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi (pamiętacie bohatera "Dnia świra"?). Ze swoją nerwicą radzi sobie, prowadząc skrajnie ustabilizowane życie i obsesyjnie poświęcając się pracy testerki zderzeniowej w fabryce samochodów. Pewnego dnia firma w ramach cięcia kosztów postanawia zamknąć fabrykę, w której pracuje Aglaé i otworzyć taką samą w Indiach. Teoretycznie pracownicy mogą podjąć pracę w nowym zakładzie na indyjskich warunkach - za ułamek dotychczasowej pensji i bez żadnych świadczeń socjalnych. Ale Aglaé, jak każda osoba z nerwicą natręctw, jest skrajnie uparta i boi się zmian a jej praca stanowi sens jej życia. Ku zaskoczeniu i konsternacji dyrekcji postanawia więc przyjąć "ofertę do odrzucenia" i przenieść się do Indii, choćby miała tam pójść na piechotę.

Jak ja lubię takie niespodzianki. Pośród sterty festiwalowego arthousowego śmiecia trafiła mi się znienacka ta cudowna, zjadliwa, lekko surrealistyczna komedia, ze świetnym scenariuszem, inteligentnym humorem, znakomitą grą aktorską i pięknymi zdjęciami. Spora część humoru oparta jest na tym, że barwne postaci z kamienną twarzą robią absurdalne rzeczy a kamera filmuje je jakby to było zupełnie normalne. Jeśli nie parskniecie śmiechem na widok kobiety kąpiącej się w wannie z psem, to znaczy, że taki rodzaj humoru nie jest dla Was. Jeśli jednak lubicie np. komediodramaty braci Coen, gorąco polecam zainteresować się tym filmem. Pierwsza jego część - czyli cały wątek cięcia kosztów kosztem pracowników - pomimo humorystycznego ujęcia zawiera też całkiem solidną dawkę zjadliwego komentarza społecznego na temat funkcjonowania globalnych koncernów i ich podejścia do zatrudnionych ludzi. Wraz z wyruszeniem Aglaé w podróż obraz zamienia się w film drogi i trochę traci impet. Pod koniec rażą niektóre rozwiązania fabularne z kategorii "deus ex machina"; nie przypadło mi do gustu również samo zakończenie. W ogólnym rozrachunku film pozostaje jednak szaleńczo zabawną i inteligentną komedią, którą polecam każdemu, dla kogo zabawnymi filmami są "American Beauty" i "Big Lebowski" a nie "Głupi i głupszy", polskie "komedie" miłosne czy produkty filmopodobne Sandlera.

Muszę wspomnieć o jeszcze jednym elemencie tego niecodziennego filmu - niespotykanym wśród Francuzów podejściu do języków (co może wynikać z tego, że debiutujący reżyser, Eric Gravel, jest francuskim co prawda, ale jednak Kanadyjczykiem). Po pierwsze - bohaterki filmu znają inne języki poza francuskim i część dialogów jest wygłaszana po angielsku, niemiecku, a nawet polsku i rosyjsku (sic!), a po drugie - twórcy pozwalają sobie nawet na świętokradczy w kraju nad Sekwaną żart, wyśmiewając typowe dla tej nacji oczekiwania, że cały świat będzie (a przynajmniej powinien) mówić po francusku. Well done, Mr. Gravel!

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Vivre riche (2017) [9/10]

plakat Makumba scam

Świetny dokument o afrykańskich oszustach internetowych. Koniecznie, jeśli tylko go gdzieś dorwiecie.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Yvonnes (2017) [1/10]

plakat Liczenie wągrów dla zaawansowanych

Mężczyzna w średnim wieku idzie, jedzie pociągiem, goli głowę, liczy pieniądze, pali papierosa, korzysta z kibla, tańczy na dyskotece. Sekwencję proszę powtarzać aż do zaśnięcia widzów. Czy coś pominąłem? Chyba niewiele. Ale za to możemy wraz z kamerą zajrzeć do ucha głównego bohatera i policzyć mu wągry na nosie. Na dodatek według tfurcy to coś jest dokumentem, a to dodaje całości drugą warstwę absurdu. Przepraszam, że zaspoilowałem cały film, ale dzięki temu oszczędzicie godzinę życia, którą możecie poświęcić na jakieś ciekawsze i bardziej pożyteczne zajęcie, jak na przykład obserwowanie jak rośnie trawa lub czerstwieje chleb.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Ostatni paryżanie / Les derniers Parisiens (2016) [6/10]

plakat Nowi paryżanie

"Ostatni paryżanie" to film przedstawiający świat paryskich podrzędnych nocnych klubów, bawiących się w nich drobnych opryszków, nielegalnych imigrantów, meneli czyhających na ulicach żeby kogoś okraść. Pośród tych nizin społecznych lawiruje dwóch braci. Nas (Reda Kateb) właśnie wyszedł z więzienia i chciałby, żeby prowadzony przez braci nocny klub stał się modnym miejscem, przynoszącym konkretne dochody. Arezki (Slimane Dazi) ma już dość prowadzenia baru i użerania się z pijanymi klientami. Na horyzoncie pojawia się obrotny menadżer organizujący popularne imprezy...

Śmieszne, że film nosi tytuł Ostatni paryżanie, bo występuje w nim tylko jedna Francuzka (Mélanie Laurent) i to w roli drugoplanowej. Właściwszym tytułem byłoby więc "Nowi paryżanie"...

Fabuła tego obrazu nie jest jakoś specjalnie porywająca, ale nie jest to też arthousowa piła. Widząc, że to kolejny "francuski" film o Arabach spodziewałem się też typowej dla "francuskiej" kinematografii imigranckiej apologetyki oraz przejażdżki przez wszelkie możliwe patologie. I tutaj pozytywne zaskoczenie - patologia jest oczywiście obecna z racji wybranej tematyki, ale nie ma tu bynajmniej jej gloryfikacji. Ot - przeciętny film obyczajowy o facecie na zwolnieniu warunkowym, który próbuje zacząć żyć uczciwie. Do poziomu "Carlito's Way" nawet się nie zbliża, ale da się obejrzeć bez bólu. Oczko w górę za świetną, robiącą klimat, muzykę.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Swagger (2016) [10/10]

plakat Jądro ciemności

Niesamowity portret Trzeciego Świata pod Paryżem. Podróż do jądra ciemności, w której za przewodników mamy dzieci i nastolatków, próbujących ułożyć sobie życie w kraju, w którym podobno kiedyś mieszkali jacyś "Francuzi", unikając przy tym bycia zastrzelonym, zasztyletowanym lub zatrudnionym w wiodącej gałęzi przemysłu, a więc handlu miejscowymi bogactwami naturalnymi – narkotykami.

W tym niezwykłym dokumencie zaskakuje szczerość dzieciaków, ich niejednokrotnie bardzo trafne i dojrzałe obserwacje (grubaska, przyszłego kreatora mody czy niesamowitej najmłodszej dziewczynki!). Wrażenie robi też umiejętność filmowców wniknięcia w patologiczne i na pewno hermetyczne środowisko i sfilmowania dresiarstwa przy pracy (a może to inscenizacje, bo aż wierzyć się nie chce, że dilerzy dają się ot tak filmować, niczym zwierzęta na sawannie – chociaż twórcy spędzili podobno w "buszu" dwa lata, oswajając "stado" z kamerą). Zwraca uwagę również rewelacyjny montaż, dzięki któremu podczas wypowiedzi poszczególnych osób oglądamy przebitki z reakcjami innych bohaterów. Niewątpliwie nie są to reakcje na te słowa, gdyż mowa o fragmentach z wywiadami prowadzonymi sam na sam z ekipą filmową. Ktoś więc mówi "boję się" i przebitka na zatroskaną twarz innego dzieciaka. Ktoś opowiada dowcip – cięcie – i ktoś inny się śmieje. Dla niektórych wykorzystany tu zabieg może wydać się dyskusyjny, gdyż jest to jednak pewnego rodzaju manipulacja. Twórcy grają tu jednak w otwarte karty i nikt chyba nie pomyśli, że to są powiązane reakcje. Mnie ten pomysł kupił swoją nieszablonowością. Niezła jest wreszcie muzyka autorstwa Jean-Benoît Dunckela, połowy duetu Air.

Największe brawa należą się jednak twórcom za szczerość i uczciwość. W ostatnich latach regułą we francuskim kinie stała się islamska i imigrancka apologetyka, prezentująca nam biednych, skrzywdzonych, niewinnych i fajnych nachodźców. Niektóre, nawet nagradzane na festiwalach obrazy zbliżają się już do poziomu sowieckiego socrealizmu. Nie wątpię, że twórcom "Swagger" również przyświecał cel pokazania fajnego (miłe i inteligentne dzieciaki) i wzruszającego ("i ktoś go zasztyletował", "byłam molestowana", "boję się wojny") oblicza imigrantów. Jednak, w odróżnieniu od większości rodaków-filmowców, nie posuwają się przy tym do zakłamywania niezbyt miłej rzeczywistości i nie wycinają z wypowiedzi dzieci niepoprawnych politycznie fragmentów, dając tym samym rzadki wgląd w prawdziwą sytuację ginącego na naszych oczach świata. Na zakończenie recenzji oddam może więc głos samym bohaterom:

"Kiedy pojechałam do Paryża, widziałam więcej Francuzów niż czarnych i Arabów. To było dziwne".

"Czarni i Arabowie różnią się od Francuzów. Nie myślimy podobnie. Jeśli jutro umówiłabym się z Francuzem, w mojej rodzinie zmieniłoby się. Mamy inną kulturę. Nie mogę sobie wyobrazić, że moja koleżanka jest Francuzką. Po prostu nie mogę. Nie jesteśmy tacy sami. Nie możemy razem żyć".

"Religia jest dla mnie najważniejsza, zaraz po rodzinie. Czytam często Koran. To mnie uspokaja".

Koniec.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Ava (2017) [4/10]

plakat Léa traci talent

13-letnia Ava zaczyna tracić wzrok i wzorem typowej bohaterki filmów "autorskich" będzie to dla niej pretekstem, aby robić najbardziej absurdalne rzeczy jakie tylko wymyśli dla niej debiutująca reżyserka/scenarzystka Léa Mysius.

Szkoda tego filmu. Bo zaczyna się naprawdę nieźle, zapowiadając się na dramat o zmaganiach ze świadomością nadchodzącej utraty wzroku i problemach z porozumieniem z nieodpowiedzialną matką. Film jest świetnie zagrany - wielkie brawa należą się młodziutkiej odtwórczyni roli tytułowej (Noée Abita). Niezłe są również zdjęcia, świetna jest muzyka. Jednak wkrótce historia stacza się w odmęty młodzieńczego buntu, gdzie absurd goni absurd, działania bohaterów są nielogiczne, nieprawdopodobne i nijak nie wynikają z rozwoju fabuły. Miałem wrażenie jakbyśmy jednocześnie ze stopniowo tracącą wzrok Avą oglądali stopniową utratę talentu reżyserki. Gwoździem do trumny jest żenujący ostatni akt, urywający się zresztą bez żadnego zakończenia.

Komu mógłbym ten film polecić? Może miłośnikom kina autorskiego, którzy nie wymagają od filmów, aby ich scenariusz trzymał się kupy i przedstawiał logiczne i prawdopodobne wydarzenia oraz wiarygodne psychologicznie zachowania bohaterów. Myślę, że gdybym był kimś takim, to ten obraz mógłby mi się bardzo podobać, bo warstwie technicznej filmu nie można nic zarzucić.

Mimo tego, że moja opinia na temat Avy jest dość krytyczna, wydaje mi się, że warto śledzić dalszą karierę Léi Mysius. Od strony reżyserskiej film jest zrealizowany świetnie i właściwie jedyne co w nim kuleje to scenariusz. Jeśli pani Léa dostałaby w przyszłości w swoje ręce dobry tekst, efekt mógłby być znakomity.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Człowiek pogryzł psa / C'est arrivé près de chez vous (1992) [8/10]

plakat Śmierć człowieka pracy

Niesamowita groteska i zarazem jeden z najbardziej bezkompromisowych mokumentów jakie kiedykolwiek nakręcono. Trochę tylko zbyt powierzchowny. Zabrakło mi ukazania mechanizmu odpowiadającego za wciągnięcie filmowców w świat zbrodni. No chyba, że film został jednak nakręcony wyłącznie dla beki i niepotrzebnie wszyscy doszukują się w nim jakichś głębszych sensów. Pomimo tego ogląda się z zapartym tchem a kilka scen wbija się w mózg z siłą pocisku z pistoletu głównego bohatera.

Rzadkość: polski (i angielski) tytuł lepsze od oryginalnego ("Zdarzyło się w twoim sąsiedztwie").

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Prawo dżungli / La loi de la jungle (2016) [1.5/10]

plakat Żenująca farsa

Przy tym filmie najgłupsze komedie z Jimem Carreyem jawią się jako Himalaje logiki i wysublimowanego poczucia humoru. Przy czym prawdziwym problemem tego obrazu nie jest wcale słaba jakość slapstickowych dowcipów, a nieporadność realizacyjna. To coś jest właściwie zbiorem niepowiązanych ze sobą skeczy. Brak jest jakiejkolwiek ciągłości akcji, logiki, sceny przechodzą jedna w drugą – bo tak, a montaż robił niewidomy. Kilka, dosłownie kilka, pomysłów zawiera pewien potencjał (zwłaszcza tzw. "running gags"), ale wszystko jest tak przeszarżowane i nieporadnie nakręcone, że jedynym uśmiechem, jaki zawita na waszych ustach podczas projekcji, będzie uśmiech politowania.

Na Filmzjebie, gdzie jakiś czas temu zamieściłem taką mikroreckę, ktoś mi odpisał, że się nie znam, bo ten film to znakomita brawurowa parodia francuskiej Nowej Fali. No cóż – nie ukrywam, że nie znam tego nurtu. Jeśli więc Ty, drogi Czytelniku, znasz, może dostrzeżesz te rzekomo tam obecne inteligentne nawiązania i wyniesiesz z seansu coś więcej niż uczucie dojmującego zażenowania.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Ostatnie metro / Le dernier métro (1980) [6/10]

plakat Théâtre Paradiso, czyli słuchajcie uważnie bo nie będę powtarzać

Film nakręcony z miłości do teatru. Przynajmniej taką mam nadzieję. Bo to by mogło tłumaczyć momentami nieznośną na ekranie teatralność gry aktorskiej i mizerię inscenizacyjną scen dziejących się na ulicach, które aż krzyczą "byłyśmy kręcone w studiu". Nie chce mi się wierzyć, żeby w przypadku tak utytułowanego reżysera, jakim jest François Truffaut, było to efektem nieporadności realizacyjnej, a nie świadomego zamysłu. Tak czy siak nie ogląda się tego dobrze – film rządzi się swoimi prawami, a teatr swoimi i chociaż zdarzają się świetne filmy "teatralne" to "Ostatnie metro" do nich nie należy. Przy czym nie bez powodu piszę o tym we wstępie – ten film daje niestety poważniejsze powody, aby uznać go za nie do końca udany.

Zacznijmy od mocnych stron – wszystkie wątki związane z kulisami pracy teatru i przygotowaniami do wystawienia sztuki są bardzo dobre i ewidentnie reżyser włożył w ich nakręcenie najwięcej serca. Nie jest to może "Birdman", ale ogląda się to nieźle i bez znużenia. Historia ta przeplata się jednak z drugą, gdyż film dzieje się podczas II wojny światowej w okupowanym Paryżu. Dyrektor teatru jest Żydem, musi się więc ukrywać w tegoż teatru piwnicy, reżyserując za pomocą notatek spisywanych podczas prób, którym przysłuchuje się przez kanał wentylacyjny (co samo w sobie jest całkiem interesująco pokazane). Z kolei bohater grany przez Gérarda Depardieu potajemnie jest członkiem Ruchu Oporu. Niestety ta część filmu została przez Truffaut potraktowana ewidentnie po macoszemu - jest niemrawa, letnia i nijak nie oddaje grozy niemieckiej okupacji (nawet biorąc poprawkę na to, że okupacja we Francji na pewno wyglądała inaczej niż okupacja w Polsce). Zwłaszcza jednak z polskiej perspektywy, dla kogoś, kto wychował się chociażby na "Polskich drogach", przedstawiona w tym filmie groza życia pod niemieckim butem niewiele odbiega od tej przedstawionej w serialu "'Allo 'allo". Cały czas czekałem, aż do piwnicy, w której ukrywa się nasz biedny dyrektor wpadnie fałszerz Leclerc (To ja, Leclerc!) aby przygotować dyrektorowi lewe papiery francuskiego sprzedawcy cebuli.

Absolutnie żenująca jest również końcówka, która wygląda, jakby reżyserowi skończył się budżet lub znudziło mu się kręcenie własnego filmu. Resztę dopowiada więc spoza kadru, ilustrując streszczenie kilkoma ujęciami z dalszymi losami bohaterów. Po prostu nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Cztery lata później Truffaut zmarł na guza mózgu – może to już były pierwsze symptomy? Oczywiście, jest to rozwiązanie, które spotyka się w innych filmach (świetnie wyszło chociażby w "Boogie Nights" Andersona). Jednak tutaj zrobiono to wyjątkowo nieporadnie, a fabuła została ewidentnie urwana wpół słowa i wpół wątku miłosnego.

Ano właśnie – wątek miłosny. Przecież nic o tym jeszcze nie wspomniałem. Bo i nie ma za bardzo o czym. Film jest rzekomo melodramatem - rzekomo, bo o tym, że pomiędzy głównymi bohaterami rozkwita skrywane uczucie, dowiadujemy się bardzo późno, z żenującego dialogu, w którym Deneuve i Depardieu opowiadają nam, co czuli do siebie, a czego nijak nie zdołał (nie chciał?) widzom pokazać reżyser. Można się oczywiście domyślać, że są sobą zafascynowani, ale z tej skrywanej fascynacji do pewnego momentu nie wynika nic, a potem wynika aż nazbyt wiele.

Podsumowując, pomimo swoich wad jest to niezły film i nie żałuję, że go obejrzałem. Trzeba tylko mieć świadomość, że siadamy do oglądania filmu obyczajowego o teatrze, a nie kipiącego od emocji wojennego (okupacyjnego) melodramatu.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Ślub / Noces (2016) [3/10]

plakat Człowiek może opuścić Pakistan, ale Pakistan nie opuści człowieka

Film "Ślub" to muzułmańska parodia "Brave" (czyli "Meridy Walecznej", jak chciał polski dystrybutor). W roli szalonego niedźwiedzia występują obyczaje ludzi pierwotnych.

Merida... eeee.... to znaczy Zahira (Lina El Arabi) kończy 18 lat. Najwyższa więc pora na zamążpójście. Postępowi rodzice przedstawiają niepokornej dziewczynie aż trzech kandydatów i pozwalają jej samej dokonać wyboru (tfu... co za lewactwo). Nadchodzi dzień turnieju łuczniczego - ojoj, chyba znów pomyliłem filmy...

Dlaczego robię sobie jaja z pogrzebu? Bo nie jestem w stanie traktować poważnie filmu, którego twórca każe biednej bohaterce, próbującej wyrwać się z objęć Trzeciego Świata, wygłaszać teksty w stylu "Nie mogę go usunąć - przecież to muzułmanin", "Nie usunęłam go w środę a teraz ono ma już duszę" oraz modlić się grzecznie do Allaha, przekonując jednocześnie siostrę, że należy się buntować przeciwko ubezwłasnowolnieniu kobiet. Szkoda, że zamiast bezmyślnie bić czołem o dywanik, nie poczytała kiedyś Koranu. Mogłaby się trochę zdziwić. No przepraszam bardzo – albo chcemy być wyzwolone, albo wyznajemy barbarzyńskich bogów. Nie da się zjeść ciastka i mieć ciastka.

Szkoda, że ten prosty fakt ciągle umyka zachodnioeuropejskim pożytecznym idiotom, którym wydaje się, że problemem nachodźców z Trzeciego Świata są bieda, brak edukacji i ekstremiści. Tymczasem ich problemem jest przekazywana z pokolenia na pokolenie mentalność rodem z epoki kamienia łupanego oraz barbarzyńskie obyczaje, dla których paliwem jest równie barbarzyńska religia. Ekstremizm to tylko bękart tego zakazanego związku.

Może niesprawiedliwie odczytuję intencje reżysera tego filmu, ale jeśli tak, to moim zdaniem nie udało mu się przekonująco przedstawić tego, co w tej historii jest naprawdę przerażające. Oczywiście – jednostkowa tragedia jakiejś nastolatki jest tragedią, ale co naprawdę powinno mrozić krew w żyłach widzów, to pokazana mimochodem implementacja Trzeciego Świata w Europie. Sceny, w których żyjący sobie w cywilizowanym kraju jak pączek w maśle Pakistańczyk wykrzykuje do bezradnego Europejczyka teksty w stylu "Mam w dupie wasze kobiety. Pakistańczyk żeni się z Pakistanką". A przecież odpowiedź sama się nasuwa: "Mam w dupie wasze barbarzyńskie obyczaje. Jak się cywilizacja nie podoba, to wyallahuj z powrotem do Pakistanu. Tylko ciekawe kto będzie leczył twoją chorobę serca. Ale może twój bóg ci pomoże".

Podobnie nakręcony film o holokauście przedstawiałby rozterki sympatycznego i przystojnego gestapowca wahającego się, czy powinien zabijać wszystkich Żydów, czy też dzieci powinno się oszczędzać i oddawać do adopcji Aryjczykom. W tle niby byłaby Zagłada, ale coś by jednak lekko zgrzytało, czyż nie?

W filmie występuje postać europejskiej przyjaciółki, Aurore (Alice de Lencquesaing), oraz jej ojca André (Olivier Gourmet) – i ci bohaterowie mogliby służyć jako kontrapunkt dla chorego światopoglądu nie tylko pakistańskich rodziców, ale i samej Zahiry. Jest to jednak zupełnie nie wygrane i jedyne co otrzymujemy to pojedynczy opad szczęki Aurore na wieść o tym, że embrionowi wyrosła dusza oraz milcząca rezygnacja André słuchającego plemiennego bełkotu tatusia Zahiry (Babak Karimi) wykładającego wyższość obyczajów pakistańskich nad europejskimi.

Podsumowując – jeśli reżyser próbował pokazać, że prawdziwym problemem jest barbarzyńska mentalność muzułmańskich imigrantów, to mu się nie udało. A jeśli nie widzi nic złego w przeszczepianiu barbarzyństwa na europejski grunt i problemem jest dla niego tylko to, że niektórzy rodzice są troszkę za bardzo konserwatywni - to tym gorzej dla pana reżysera. Znamienne w tym wszystkim jest to, że film ten nakręcił rodowity Belg a nie Pakistańczyk. Mam wrażenie, że jednak europejscy muzułmanie często mają bardziej trzeźwe spojrzenie i większy wgląd w sytuację i problemy społeczności imigrantów (oraz z imigrantami) niż lewicowi pożyteczni idioci, którzy z tolerancyjnymi klapkami na oczach zaklinają rzeczywistość ("wystarczy, że przestaną zakopywać nieposłuszne córki w ogródku i wszyscy będziemy żyć długo i szczęśliwie"). A jeśli ktoś chciałby obejrzeć dla odmiany dobry film na ten sam temat (do tego stopnia ten sam, że "Ślub" wydaje się solidnie inspirowany, żeby nie użyć innego słowa), to polecam turecki film "Obca". Tam dramat głównej bohaterki przedstawiony jest w dużo bardziej poruszający sposób i nie sprawia wrażenia niezamierzonej parodii.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Pin Cushion (2017) [8.5/10]

plakat Syreny 2, czyli co gryzie Carrie Grape

W tym oryginalnym filmie współczesna Pippi Langstrumpf (Lily Newmark) boryka się z problemami wieku dorastania. Dawno nie byłem angielską nastolatką, więc trochę ciężko mi stwierdzić, gdzie kończy się fantazja a zaczyna rzeczywistość. Wszystko wydaje się tak przerysowane, że ogląda się to jak film science fiction o mieszkańcach obcej planety, ale z drugiej strony kompozycja i tematyka wskazują na dramat obyczajowy. Ale w końcu baśnie Andersena też potrafiły być nieźle przygnębiające i całkiem poważne. Dlaczego więc nie miałaby powstać współczesna baśń na serio? W sumie - bardzo dziwne dziełko. Dziwna jest nawet gra aktorska - genialne kreacje głównych bohaterek i farsowo przeszarżowane postaci drugoplanowe. Gdyby tak grali wszyscy, pomyślałbym, że po prostu reżyserka nie potrafi prowadzić aktorów. Ale w tej sytuacji? Czemu ma służyć taki absurdalny zabieg (zakładając, że jest on celowy)?

Pomimo specyficznej formy, film robi wrażenie, gdyż tacy biedni ludzie naprawdę istnieją. Nawet jeśli nie spotykają ich aż tak absurdalne perypetie, jak ukazane w tym obrazie, to ich cierpienie jest takie samo, jeśli nie większe. Bardzo mocny jest zwłaszcza wątek zaburzonej matki (niesamowita Joanna Scanlan), a sceny takie jak kupno karmy dla wyimaginowanego kota, są autentycznie poruszające. Jednak gdyby nie owa karykaturalna forma, pasująca bardziej do gównianych komedii z Jimem Carreyem, całość mogłaby robić dużo większe wrażenie. Ode mnie mimo wszystko ocena 8.5/10.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Kreatura (2017) [4/10]

plakat Kolejny przeciętny pseudodokument

Jak dla mnie zbyt eksperymentalny, ale jednak przedstawia zdecydowanie wyższy poziom niż typowa arthousowa grafomania. Jeśli ktoś się nie boi zaryzykować godziny, może spróbować.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Zabliźnione serca / Inimi Cicatrizate (2016) [4/10]

plakat Rumuński pacjent

"Zabliźnione serca" to film obyczajowy o studencie chorym na gruźlicę kości, próbującym dojść do zdrowia w rumuńskim sanatorium w latach 30-tych XX w.

Mam mieszane uczucia po obejrzeniu tego filmu. Na plus można mu zaliczyć stylową realizację, świetne zdjęcia, scenografię, kostiumy, grę aktorską, wreszcie niemal dokumentalne przedstawienie ówczesnych metod leczenia, z dzisiejszej perspektywy wyglądających jak kolejna część "Piły". To wszystko sprawia, że film ogląda się z zainteresowaniem, przynajmniej początkowo.

Jednak z drugiej strony, jest on zdecydowanie za długi (trwa prawie dwie i pół godziny); wraz z bohaterem bierzemy udział w powtarzających się czynnościach, zabiegach, wędrówkach szpitalnymi korytarzami. Męczące są również niekończące się mętne dyskusje o filozofii, ówczesnej polityce, popularnych (w Rumunii, jak mniemam) poetach, które z perspektywy Polaka żyjącego 80 lat później nie są ani ciekawe ani wręcz zrozumiałe. Nie przypadł mi również do gustu zabieg przetykania fabuły cytatami z twórczości rumuńskiego pisarza Maxa Blechera. Na motywach jego autobiograficznej powieści został oparty ten film, co w pewnym sensie usprawiedliwia ten pomysł, ale krótkie cytaty, wyjęte z kontekstu i przerywające filmową narrację, sprawiają chaotyczne wrażenie i nijak nie pozwalają docenić kunsztu pisarza.

Jeśli ktoś ma cierpliwość oraz dużo czasu, albo fascynuje go przedwojenna medycyna lub rumuńskie przedwojenne życie społeczne, może obejrzeć. Innym chyba raczej odradzam.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Bez Boga / Bezbog (2016) [3/10]

plakat Sztuka filmowania niczego

Nagrodzony w Locarno dramat obyczajowy. Festiwal w Locarno to chyba najbardziej "arthousowy" z wielkich festiwali, odpowiednik polskich Nowych Horyzontów. Właściwie sam jestem więc sobie winien, że nie uciekłem z krzykiem. Ten film to typowa dla tego festiwalu niestrawna autystyczna piła.

Sama tematyka wydaje się interesująca - ukazanie skorumpowanego, postkomunistycznego państwa w stanie moralnego upadku i społecznego uwiądu. Wszystko tu jest brzydkie i beznadziejne - począwszy od budynków, a skończywszy na ludziach je zamieszkujących. To oczywiście nie jest żaden zarzut - od tej strony film przypomina twórczość nieodżałowanego Aleksieja Bałabanowa, ze sztandarowym "Ładunkiem 200" na czele. Za tę ważną tematykę dodałem filmowi dwie gwiazdki, gdyż inaczej byłoby 1/10. Jednak tam, gdzie geniusz Bałabanow przekuł refleksję nad upadłym światem bez Boga, zasiedlonym przez upadłych ludzi, w chwytający za gardło thriller, grafomanka Petrowa kryminalno-obyczajową intrygę, która teoretycznie stanowi szkielet jej filmu, zamienia w studium kamienno-tępej twarzy głównej bohaterki.

Można i tak. Jak twierdzi reżyserka, w swoich filmach stara się "budować jak największe napięcie poprzez ograniczenie się do pokazania samej istoty rzeczy, jak w poezji haiku. Dzięki temu widz może przeżyć prawdziwie głębokie doświadczenie". Niestety, tym czego ja głęboko doświadczyłem na jej filmie, była potworna nuda. Ten film to nie jest haiku, tylko bazgroł na marginesie powstały podczas rozpisywania długopisu. Oczywiście mam świadomość, że takie kino ma swoich gorących zwolenników (dzień dobry, panie Gutek) - w końcu i ten obraz został obsypany nagrodami. Nikomu nie odmawiam prawa do podziwiania na ekranie niczego. Mam nadzieję, że mnie nikt nie odmówi prawa do mówienia wprost, że dla mnie takie filmy są bezwartościowe.

Czarę goryczy przelała prymitywna metafora Góry Bez Boga. Tu już naprawdę ręce opadają i człowiek zaczyna się zastanawiać o co chodzi twórcy takich filmów. Bo z jednej strony cała historia opowiedziana jest niedomówieniami, półsłówkami, można powiedzieć "obok", niczym na słynnym obrazie "Pejzaż z upadkiem Ikara" Pietera Bruegla. Jest to zrobione - moim zdaniem - w nieudolny sposób, ale OK, taka była koncepcja, rozumiem; czy jej realizacja się udała czy nie, to już jest odrębna kwestia. Ale po tym wszystkim, po tym półtoragodzinnym "nieopowiadaniu", mamy nagle wygarnięty prosto z mostu morał oraz absurdalne zakończenie, które... co ma właściwie pokazywać? Karmę? Boską sprawiedliwość? Naprawdę, pani Reżyserko?

No i na zakończenie gra aktorska. Nagrody za główną rolę pielęgniarki Gany dla Ireny Iwanowej to chyba jakiś ponury żart. No chyba, że chodzi o docenienie umiejętności utrzymania tego samego tępego wyrazu twarzy przez prawie dwie godziny.

Podsumowując, miłośnikom kina "nowohoryzontalnego" mogę ten obraz z czystym sumieniem polecić. Wszystkim innym - szczerze odradzam.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Olbrzym / Jätten (2016) [6/10]

plakat I cóż, że ze Szwecji

Interesujący dramat obyczajowy, troszeczkę w stylu "Dróżnika", ale dużo cięższy w oglądaniu, zarówno z powodu przygnębiającej atmosfery jak i arthousowo chropowatej narracji. Nie każdemu przypadnie też do gustu doprawienie całości szczyptą realizmu magicznego czy też wyświechtana do cna formuła dramatu sportowego. Co na pewno można zaliczyć na plus to znakomitą muzykę. Również gra aktorska robi wrażenie, biorąc pod uwagę, że dużą część obsady stanowią niepełnosprawni intelektualnie.

Miłośnikom kina skandynawskiego można chyba z czystym sumieniem polecić, za to jeśli ciemno-zimno-depresyjne klimaty to nie twoja bajka, możesz sobie odpuścić.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Laoúto ilektrikó / Lute Electric (2016) [6/10]

plakat Dla miłośników muzyki

Dokument o facecie, który zbudował lutnię elektryczną. Głównie jego wypowiedzi na temat tego projektu plus sfilmowane pierwsze nagrania w różnych dziwnych miejscach typu opuszczona fabryka. Dla miłośników muzyki powinno to być interesujące - instrument ma oryginalne brzmienie a facet fajnie gra. Innym odradzam, bo poza warstwą muzyczną film nie ma zbyt wiele do zaoferowania.

[ Filmweb ] [ FDB ]

Beautiful Things (2017) [8.5/10]

plakat Paradokumentalny teledysk

Ostatnio bardzo modne jest w kręgach kina "festiwalowego" kręcenie dokumentów, które nie są dokumentami. W których granica pomiędzy rejestracją prawdziwych wydarzeń a kreacją jest rozmyta. Twórcy często nawet nie próbują naprowadzić widzów na właściwy tor, wyjaśniając lub chociażby sugerując, czy oglądamy fabułę udającą film dokumentalny, czy też udziwniony, ale jednak dokument. Innym modnym wariantem takiego nie-dokumentu jest prezentacja zebranego dokumentalnego materiału w formie poetyckiej (lub często niestety grafomańskiej) impresji zastępującej jakikolwiek komentarz, który by wyjaśniał, co tak naprawdę oglądamy. Bardzo często eksperymenty takie kończą się fiaskiem ("Las letras", "Esa era Dania", "Meteorlar") - często właśnie z powodu owej niejednoznaczności, utrudniającej odbiór filmu i jego interpretację. Są jednak wyjątki, gdzie twórcy wychodzą z takiego eksperymentu obronną ręką ("The Amazing Truth About Queen Raquela", "Makala"). "Beautiful Things" należy na szczęście do tej drugiej kategorii.

Film na pozór przedstawia historie czworga ludzi wykonujących niecodzienne zawody. Van pracuje na polach naftowych w Teksasie. Danilo jest głównym mechanikiem na olbrzymim kontenerowcu. Andrea jest naukowcem, specjalistą od dźwięku, spędzającym znaczną część życia w komorze bezodbiciowej. Wreszcie Vito pracuje w spalarni śmieci. Jeśli komuś przyszedł teraz na myśl znakomity dokument "Workingman's Death" Michaela Glawoggera, jest to oczywiście dobry trop, jednak traktowanie "Beautiful Things" jako li tylko suplementu do tamtego obrazu byłoby wielce krzywdzące dla jego twórcy. Gdyż dla Giorgio’a Ferrero prezentacja tych - w różny sposób - ekstremalnych zawodów jest jedynie punktem wyjścia dla historii, którą chce nam opowiedzieć. Według zamysłu twórcy, elementem łączącym te wszystkie zawody są rzeczy - piękne rzeczy, które my, obywatele "pierwszego świata" namiętnie gromadzimy. Wiele z tych rzeczy powstaje z przetworzonej ropy naftowej. Następnie są one rozwożone statkami z miejsca produkcji po całym świecie. Są one też testowane - między innymi w komorze bezodbiciowej. Wreszcie, po "śmierci", lądują na wysypisku lub trafiają do spalarni, gdzie w ostatnią drogę wyprawia je czwarty bohater filmu. Te cztery historie spięte są klamrą przedstawiającą scenki z życia tzw. zwykłych ludzi, typowej rodziny z klasy średniej, mieszkającej w niesamowicie zagraconym mieszkaniu, pełnym zbędnych bibelotów.

Wiem, wiem, że w powyższym opisie nie ma nic niecodziennego. Czemu więc "paradokument"? Już wyjaśniam. Otóż z tego filmu nie dowiemy się zbyt wiele o szczegółach pracy tych ludzi, gdyż reżysera nie to interesuje. Jego bohaterowie (o których zresztą w wywiadach mówi "aktorzy") są dla niego tylko środkiem do celu, jakim było stworzenie poetycko-muzycznej impresji na temat konsumpcjonizmu. Monologi wygłaszane przez bohaterów nie są po prostu ich zarejestrowanymi wypowiedziami, lecz zostały napisane przez reżysera/scenarzystę, jak twierdzi, na podstawie rozmów z nimi. Podobnie warstwa wizualna zawiera wiele ujęć i całych scen ewidentnie inscenizowanych. Wszystkie elementy dokumentalne są podporządkowane oryginalnej wizji reżysera.

W tym miejscu muszę napisać kilka słów właśnie o reżyserze, gdyż to jego maestrii zawdzięczamy fakt, że ten dziwny eksperyment zakończył się powodzeniem. Przede wszystkim, Giorgio Ferrero jest nie tylko filmowcem, ale również fotografem i kompozytorem. To pierwsze widać w genialnej kompozycji kadrów, która sprawia, że film jest prawdziwą ucztą dla oczu. Jednak dużo ważniejszy jest ten drugi talent pana Ferrero - muzyczny. Jak sam opowiada w wywiadach - muzyka była dla niego punktem wyjściowym przy pracy nad tym filmem, a dźwięki i ich kompozycja są dla niego równie ważne jak słowa. I to widać - o mój Potworze, jak to widać. Film zaczyna się niewinnie, jak zwykły dokument, po czym z minuty na minutę rozkręca się niczym "Bolero" Ravela, by zakończyć się prawdziwym trzęsieniem ziemi - wgniatającą w fotel industrialną symfonią, gdzie dźwięki idealnie współgrają z obrazem, tworząc coś w rodzaju genialnego teledysku, który mógłby być ilustracją jakiegoś utworu Einstürzende Neubauten lub innego zespołu grającego industrial. Połączenie dokumentalnych zdjęć z muzyką nieodparcie nasuwa skojarzenia z osobą Rona Fricke i myślę, że fani twórcy "Baraki" i "Samsary" oraz współtwórcy "Koyaanisqatsi" powinni niezwłocznie dodać "Beautiful Things" do swojej listy "do obejrzenia". Obraz ten polecam jednak każdemu, kto nie boi się oryginalnych wizji i kinowych eksperymentów, ale dla kogo udane eksperymenty to coś innego, niż arthousowe obserwowanie jak aktorom rosną paznokcie.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]