Showing posts with label 3/10. Show all posts
Showing posts with label 3/10. Show all posts

Ślub / Noces (2016) [3/10]

plakat Człowiek może opuścić Pakistan, ale Pakistan nie opuści człowieka

Film "Ślub" to muzułmańska parodia "Brave" (czyli "Meridy Walecznej", jak chciał polski dystrybutor). W roli szalonego niedźwiedzia występują obyczaje ludzi pierwotnych.

Merida... eeee.... to znaczy Zahira (Lina El Arabi) kończy 18 lat. Najwyższa więc pora na zamążpójście. Postępowi rodzice przedstawiają niepokornej dziewczynie aż trzech kandydatów i pozwalają jej samej dokonać wyboru (tfu... co za lewactwo). Nadchodzi dzień turnieju łuczniczego - ojoj, chyba znów pomyliłem filmy...

Dlaczego robię sobie jaja z pogrzebu? Bo nie jestem w stanie traktować poważnie filmu, którego twórca każe biednej bohaterce, próbującej wyrwać się z objęć Trzeciego Świata, wygłaszać teksty w stylu "Nie mogę go usunąć - przecież to muzułmanin", "Nie usunęłam go w środę a teraz ono ma już duszę" oraz modlić się grzecznie do Allaha, przekonując jednocześnie siostrę, że należy się buntować przeciwko ubezwłasnowolnieniu kobiet. Szkoda, że zamiast bezmyślnie bić czołem o dywanik, nie poczytała kiedyś Koranu. Mogłaby się trochę zdziwić. No przepraszam bardzo – albo chcemy być wyzwolone, albo wyznajemy barbarzyńskich bogów. Nie da się zjeść ciastka i mieć ciastka.

Szkoda, że ten prosty fakt ciągle umyka zachodnioeuropejskim pożytecznym idiotom, którym wydaje się, że problemem nachodźców z Trzeciego Świata są bieda, brak edukacji i ekstremiści. Tymczasem ich problemem jest przekazywana z pokolenia na pokolenie mentalność rodem z epoki kamienia łupanego oraz barbarzyńskie obyczaje, dla których paliwem jest równie barbarzyńska religia. Ekstremizm to tylko bękart tego zakazanego związku.

Może niesprawiedliwie odczytuję intencje reżysera tego filmu, ale jeśli tak, to moim zdaniem nie udało mu się przekonująco przedstawić tego, co w tej historii jest naprawdę przerażające. Oczywiście – jednostkowa tragedia jakiejś nastolatki jest tragedią, ale co naprawdę powinno mrozić krew w żyłach widzów, to pokazana mimochodem implementacja Trzeciego Świata w Europie. Sceny, w których żyjący sobie w cywilizowanym kraju jak pączek w maśle Pakistańczyk wykrzykuje do bezradnego Europejczyka teksty w stylu "Mam w dupie wasze kobiety. Pakistańczyk żeni się z Pakistanką". A przecież odpowiedź sama się nasuwa: "Mam w dupie wasze barbarzyńskie obyczaje. Jak się cywilizacja nie podoba, to wyallahuj z powrotem do Pakistanu. Tylko ciekawe kto będzie leczył twoją chorobę serca. Ale może twój bóg ci pomoże".

Podobnie nakręcony film o holokauście przedstawiałby rozterki sympatycznego i przystojnego gestapowca wahającego się, czy powinien zabijać wszystkich Żydów, czy też dzieci powinno się oszczędzać i oddawać do adopcji Aryjczykom. W tle niby byłaby Zagłada, ale coś by jednak lekko zgrzytało, czyż nie?

W filmie występuje postać europejskiej przyjaciółki, Aurore (Alice de Lencquesaing), oraz jej ojca André (Olivier Gourmet) – i ci bohaterowie mogliby służyć jako kontrapunkt dla chorego światopoglądu nie tylko pakistańskich rodziców, ale i samej Zahiry. Jest to jednak zupełnie nie wygrane i jedyne co otrzymujemy to pojedynczy opad szczęki Aurore na wieść o tym, że embrionowi wyrosła dusza oraz milcząca rezygnacja André słuchającego plemiennego bełkotu tatusia Zahiry (Babak Karimi) wykładającego wyższość obyczajów pakistańskich nad europejskimi.

Podsumowując – jeśli reżyser próbował pokazać, że prawdziwym problemem jest barbarzyńska mentalność muzułmańskich imigrantów, to mu się nie udało. A jeśli nie widzi nic złego w przeszczepianiu barbarzyństwa na europejski grunt i problemem jest dla niego tylko to, że niektórzy rodzice są troszkę za bardzo konserwatywni - to tym gorzej dla pana reżysera. Znamienne w tym wszystkim jest to, że film ten nakręcił rodowity Belg a nie Pakistańczyk. Mam wrażenie, że jednak europejscy muzułmanie często mają bardziej trzeźwe spojrzenie i większy wgląd w sytuację i problemy społeczności imigrantów (oraz z imigrantami) niż lewicowi pożyteczni idioci, którzy z tolerancyjnymi klapkami na oczach zaklinają rzeczywistość ("wystarczy, że przestaną zakopywać nieposłuszne córki w ogródku i wszyscy będziemy żyć długo i szczęśliwie"). A jeśli ktoś chciałby obejrzeć dla odmiany dobry film na ten sam temat (do tego stopnia ten sam, że "Ślub" wydaje się solidnie inspirowany, żeby nie użyć innego słowa), to polecam turecki film "Obca". Tam dramat głównej bohaterki przedstawiony jest w dużo bardziej poruszający sposób i nie sprawia wrażenia niezamierzonej parodii.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Körfez / The Gulf (2017) [3/10]

plakat Pozycja obowiązkowa dla gutkofilów

32-letni Selim, przedstawiciel klasy średniej, po utracie pracy i rozwodzie wraca do rodzinnego miasta i wprowadza się z powrotem do rodziców. Nie mając sprecyzowanych planów na przyszłość, szwenda się bez celu po mieście, obserwuje bankrutującą firmę swojego ojca, uprawia seks z zamężną byłą dziewczyną - wszystko to niemalże bezwolnie, bez jakiejkolwiek inicjatywy. Przypadkowo spotyka również mężczyznę o imieniu Cihan, który twierdzi, że w wojsku służyli w jednym oddziale, co dziwi Selima, gdyż kompletnie gościa nie kojarzy. Poprzez nowego znajomego Selim poznaje uboższą stronę rodzinnego miasta, gdyż Cihan wywodzi się z bardzo biednego środowiska. Gdy przeraźliwy smród z tankowca, palącego się w sąsiadującej z miastem zatoce, spowija całe miasto, Selim wydaje się być jedyną osobą, której to nie przeszkadza.

Nie dajcie się oszukać. Ten film zaczyna się jak typowy obyczaj, lekko tylko trącący arthousem, aby z czasem okazać się pretensjonalną "festiwalową" kupą o niczym. W międzyczasie okaże się, że ukradziono wam 2 godziny życia. Wszystko przebija - ach, jakże pełne głębokiej jak dół pod wychodkiem symboliki - zakończenie. Mam nadzieję, że reżysera dunder świśnie, co oszczędzi nam jego dzieł w przyszłości.

Moje wkurzenie wynika w dużej mierze z faktu, że film zapowiada się naprawdę nieźle. Ma miejscami dziwny, lekko surrealistyczny klimacik, który obiecuje zupełnie inny obraz niż w efekcie otrzymujemy i z którego absolutnie nic nie wynika. Wszystkie wątki prowadzą całkowicie donikąd, a najbardziej interesujące sceny okazują się nie mieć żadnego związku z resztą fabuły, będąc wyłącznie pustymi symbolami pretensji tfurców.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Bez Boga / Bezbog (2016) [3/10]

plakat Sztuka filmowania niczego

Nagrodzony w Locarno dramat obyczajowy. Festiwal w Locarno to chyba najbardziej "arthousowy" z wielkich festiwali, odpowiednik polskich Nowych Horyzontów. Właściwie sam jestem więc sobie winien, że nie uciekłem z krzykiem. Ten film to typowa dla tego festiwalu niestrawna autystyczna piła.

Sama tematyka wydaje się interesująca - ukazanie skorumpowanego, postkomunistycznego państwa w stanie moralnego upadku i społecznego uwiądu. Wszystko tu jest brzydkie i beznadziejne - począwszy od budynków, a skończywszy na ludziach je zamieszkujących. To oczywiście nie jest żaden zarzut - od tej strony film przypomina twórczość nieodżałowanego Aleksieja Bałabanowa, ze sztandarowym "Ładunkiem 200" na czele. Za tę ważną tematykę dodałem filmowi dwie gwiazdki, gdyż inaczej byłoby 1/10. Jednak tam, gdzie geniusz Bałabanow przekuł refleksję nad upadłym światem bez Boga, zasiedlonym przez upadłych ludzi, w chwytający za gardło thriller, grafomanka Petrowa kryminalno-obyczajową intrygę, która teoretycznie stanowi szkielet jej filmu, zamienia w studium kamienno-tępej twarzy głównej bohaterki.

Można i tak. Jak twierdzi reżyserka, w swoich filmach stara się "budować jak największe napięcie poprzez ograniczenie się do pokazania samej istoty rzeczy, jak w poezji haiku. Dzięki temu widz może przeżyć prawdziwie głębokie doświadczenie". Niestety, tym czego ja głęboko doświadczyłem na jej filmie, była potworna nuda. Ten film to nie jest haiku, tylko bazgroł na marginesie powstały podczas rozpisywania długopisu. Oczywiście mam świadomość, że takie kino ma swoich gorących zwolenników (dzień dobry, panie Gutek) - w końcu i ten obraz został obsypany nagrodami. Nikomu nie odmawiam prawa do podziwiania na ekranie niczego. Mam nadzieję, że mnie nikt nie odmówi prawa do mówienia wprost, że dla mnie takie filmy są bezwartościowe.

Czarę goryczy przelała prymitywna metafora Góry Bez Boga. Tu już naprawdę ręce opadają i człowiek zaczyna się zastanawiać o co chodzi twórcy takich filmów. Bo z jednej strony cała historia opowiedziana jest niedomówieniami, półsłówkami, można powiedzieć "obok", niczym na słynnym obrazie "Pejzaż z upadkiem Ikara" Pietera Bruegla. Jest to zrobione - moim zdaniem - w nieudolny sposób, ale OK, taka była koncepcja, rozumiem; czy jej realizacja się udała czy nie, to już jest odrębna kwestia. Ale po tym wszystkim, po tym półtoragodzinnym "nieopowiadaniu", mamy nagle wygarnięty prosto z mostu morał oraz absurdalne zakończenie, które... co ma właściwie pokazywać? Karmę? Boską sprawiedliwość? Naprawdę, pani Reżyserko?

No i na zakończenie gra aktorska. Nagrody za główną rolę pielęgniarki Gany dla Ireny Iwanowej to chyba jakiś ponury żart. No chyba, że chodzi o docenienie umiejętności utrzymania tego samego tępego wyrazu twarzy przez prawie dwie godziny.

Podsumowując, miłośnikom kina "nowohoryzontalnego" mogę ten obraz z czystym sumieniem polecić. Wszystkim innym - szczerze odradzam.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Pacífico / Pacific (2016) [3/10]

plakat Pokażę wam mój film z wakacji

Nie jest to film fabularny, bo nie posiada fabuły, nie jest dokumentalny, bo niczego nie dokumentuje. Najbardziej przypomina wakacyjne filmy, którymi dumni turyści-filmowcy dręczą później rodzinę i znajomych.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Suplement (2002) [3/10]

plakat Kino religijnego absurdu

Absurdalne dylematy i kiepska gra aktorska (oprócz genialnego Zapasiewicza rzecz jasna) w oazowej bajeczce ku pokrzepieniu moherowych serc. Jedyną wartością tego obrazu jest to, że jest on niejako uzupełnieniem poprzedniego filmu Zanudziego - "Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową". Występują w nim ci sami bohaterowie, powtarza się część scen, jednak gdzie indziej rozłożone są akcenty. Kompletnie do mnie nie przemawia to, gdzie reżyser postanowił tym razem te akcenty rozłożyć, ale sam pomysł nakręcenia "suplementu" rozwijającego pewne wątki z poprzedniego obrazu jest bardzo interesujący. Tylko to pozwala jakoś dotrwać do końca projekcji i w ostatecznym rozrachunku nie mieć poczucia totalnie zmarnowanego czasu. Jeśli więc podobało ci się "Życie...", możesz spróbować. Jeśli natomiast już tamten film wynudził cię śmiertelnie, lub go nie widziałeś, oglądanie tego obrazu nie ma najmniejszego sensu.

Film można obejrzeć legalnie na Jutubie.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

À la recherche de l'ultra-sex / In Search of the Ultra-Sex (2015) [3/10]

plakat Woody'emu Allenowi też nie wyszło...

A jakby tak wziąć jakiś film, najlepiej żenujący, gdzie już sama akcja widoczna na ekranie jest niezamierzenie zabawna, i podłożyć do tego absurdalne fikcyjne dialogi, które pozwolą jeszcze bardziej wyśmiać owo dzieło, eksponując całą jego mizerię? Powinna nam wyjść szaleńcza karuzela śmiechu, prawda?

No cóż... "In Search of the Ultra-Sex" nie jest dużo gorsze od "What's Up, Tiger Lily?" Woody'ego Allena. Ale to nie było zbyt trudne. Nie rozumiem tego, bo sam pomysł fikcyjnego dubbingu jest bardzo nośny, o czym każdy może się przekonać sam, oglądając na Jutubie jakikolwiek filmik z przeróbką monologu Hitlera z "Upadku". 90% jest dużo zabawniejszych od tego filmu (jak również od filmu Allena), a wiele z nich to prawdziwe komediowe perełki, których nie powstydziliby się Monty Pythoni. Dlaczego więc tutaj (oraz nawet w przypadku geniusza humoru Allena) nie wyszło? Nie mam pojęcia.

Pojedyncze dialogi bywają lekko zabawne, ale większość kwestii jest żenująco nieśmieszna i ciągnie się jak flaki z olejem. Tak naprawdę, to przed wyłączeniem tego filmu przed końcem powstrzymywał mnie wyłącznie obraz, bo powybierane zostały tutaj najbardziej absurdalne fragmenty najbardziej wieśniackich i idiotycznych filmów porno jakie kiedykolwiek powstały. Na tym polu odwalono kawał naprawdę dobrej, nikomu niepotrzebnej, roboty. Oglądanie tych scenek jest więc dużo zabawniejsze niż słuchanie podłożonych - w założeniu śmiesznych - dialogów. No chyba, że ktoś za szczyt dowcipu uważa nazwanie bohatera Kapitanem Fiutem. Jeśli tak, to zapraszam - spuścicie się ze śmiechu.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Hellbound: Hellraiser II (1988) [3/10]

plakat Troszeczkę mniej tragiczny

Lepszy od pierwszej części, ale nadal żenada. Człowiek się wstydzi, że lubi horrory, gdy takie coś ogląda.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Historia strachu / Historia del miedo (2014) [3/10]

plakat Żal.ar

Kolejny festiwalowy potworek. Totalny chaos i nieudolność w próbie przekazania idei przyświecającej powstaniu filmu. Naprawdę nie warto.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Piękna i utracona / Bella e perduta (2015) [3/10]

plakat Jak dla mnie - nietrafiony eksperyment

Dziwny, chaotyczny i pretensjonalny film. Przynajmniej jak dla mnie. Pewnie może się jednak podobać, gdy ktoś lubi poetyckie filmy nie grzeszące nadmiarem fabuły.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]