Showing posts with label psychologiczny. Show all posts
Showing posts with label psychologiczny. Show all posts

Portret o zmierzchu / Portret w sumerkach (2011) [8/10]

plakat I jeszcze jeden i jeszcze raz

Sowieckie piekło po raz kolejny. Przerażający portret piekła na Ziemi, widziany oczami rosyjskich, a jakże, twórców. Nasze polskie po-komuchy nazywają twórców rozliczających się z mrocznymi stronami naszej rzeczywistości ubekami, różową hołotą, Żydami lub folksdojczami, o czym można się przekonać, zaglądając na profile Wojciecha Smarzowskiego lub Pawła Pawlikowskiego na portalach filmowych. Nie wątpię więc, że również reżyserka "Portretu..." Angelina Nikonowa uchodzi w swojej liżącej stopy Putasowi ojczyźnie za wroga ludu.

Osobiście bardzo się cieszę, że jest tylu rosyjskich artystów mających odwagę kręcić kolejne filmy w nurcie "kina sowieckiego upadku", którego głównym kapłanem był oczywiście nieodżałowany, przedwcześnie zmarły Aleksiej Bałabanow. A może po prostu inaczej się nie da, jeśli jest się inteligentnym i wrażliwym człowiekiem i mieszka się w Mordorze. A czemu się cieszę? Po pierwsze, prawie zawsze te filmy są co najmniej dobre, a często wręcz genialne, ale mam jeszcze drugi, egoistyczny, powód. Obrazy te są oczywiście potwornie depresyjne, przygnębiające. Mnie jednak, paradoksalnie, poprawiają humor - dobrze jest czasem na zasadzie kontrastu poczuć, że samemu żyje się w naprawdę fajnym kraju.

Ale wystarczy już tych ogólnych rozważań o kinematografii ojczyzny orków i nazguli. Przejdźmy do "Portretu o zmierzchu", skoro wiecie już, że z racji wyjątkowego upodobania do sowieckiego kina, mogę być nieobiektywny. Jeśli chodzi o stężenie okropieństw, które serwuje nam debiutująca reżyserka, to jest to jakieś 0.8-0.9 bałabanowa. Reżyser "Ładunku 200" byłby dumny z takiej naśladowczyni. Do pewnego momentu film ogląda się bez zaskoczeń, jako swoiste "the worst of Russia", bardzo smakowicie zresztą pokazane. Po czym następuje przewrotka fabularna, niczym u Bałabanowa, ale - inaczej niż u Bałabanowa - jest ona absurdalna. Jeśli czytaliście inne recenzje lub komentarze na forach, to pewnie już wiecie o co chodzi, bo trzeba przyznać, że ciężko pisać, czemu ma się wobec tego filmu mieszane uczucia, bez wyjawiania tego fabularnego twistu. Ja jednak spróbuję.

Tym twistem nie jest bynajmniej zdarzenie, które spotyka główną bohaterkę, Marinę (znakomita Olga Dychowicznaja), prawie na samym początku filmu, bo nie jest ono zbytnio zaskakujące - w końcu to Rosja. Twistem jest to, jak w wyniku tego zdarzenia Marina zaczyna postępować. W komentarzach i recenzjach ścierają się dwa poglądy - jej zachowanie jest absurdalne i niewiarygodne psychologicznie bądź też całkiem możliwe i uzasadnione. Niezła sprzeczność, prawda? Oczywiście świadczy to o tym, że film jest kontrowersyjny i skłania do przemyśleń, ale trzeba mieć na uwadze, że jeśli rezultatem tych przemyśleń będzie przystąpienie do frakcji "absurdalistów", to możecie mieć ochotę rzucić kapciem w telewizor, a to w dzisiejszych czasach coraz kosztowniejsze urządzenie (telewizor, nie kapeć). Czujcie się więc ostrzeżeni.

Ja, pomimo tego, że zgadzam się z opinią o absurdalności zachowań Mariny, kapciem nie rzuciłem. Po pierwsze, może rzeczywiście wśród 7 miliardów ludzi na świecie znalazłoby się kilka kobiet, które zachowałyby się równie absurdalnie. Również wśród dzieł filmowych nie trzeba daleko szukać, żeby wspomnieć tylko dużo bardziej absurdalną (końcówka!) "Pianistkę", pupilka krytyki Hanekego. A po drugie, jeśli uda nam się odwiesić do szafy niewiarę w krytyczną decyzję Mariny, to już jej dalsze postępowanie, z tej decyzji wynikające, jest rewelacyjnie pokazane. Bezbronna wobec mieszkańców sowieckiego piekła kobieta nagle zamienia się w socjologa, z poświęceniem badającego "życie seksualne dzikich". Znowu nie chcę wchodzić w szczegóły, ale momentami pojawia się tam wręcz tarantinowski klimat podlanej satyrą makabreski. Prawie w pełni wynagrodziło mi to początkowy niesmak i w ostatecznym rozrachunku mimo wszystko oceniam ten film jako bardzo dobry. Oczywiście nie da się wykluczyć, że gdyby aż do końca był to zwykły dramat o ofierze Mordoru, to byłby on dużo bardziej poruszający i - kto wie - może dużo lepszy. Ale scenarzystki (Nikonowa i Dychowicznaja) postanowiły inaczej i trzeba zmierzyć się z tym, co mamy. Moim zdaniem warto.

Na zakończenie muszę jeszcze dać wyraz swojemu zdumieniu, które ogarnęło mnie po przeczytaniu niektórych recenzji (również recenzji redakcyjnej na pewnym dużym polskim portalu filmowym). Niektórzy recenzenci odsądzają ten film od czci i wiary wyłącznie z powodu tego braku psychologicznego prawdopodobieństwa. Przepraszam? Krytyk filmowy, który stawia taki zarzut? W świecie, w którym co drugi film autorski, brylujący na festiwalach, ma za bohaterów jakieś wydumane konstrukty, których zachowanie nie ma nic wspólnego z ludzkim? Wyżej przywołałem już tragiczną, według mnie, "Pianistkę", ale taką listę można by ciągnąć przez kilka ekranów. Chociażby idiotyczna "Dzika" (7/10 od recenzenta na owym dużym portalu), w której kobieta porywa sobie z lasu wilka i postanawia założyć z nim podstawową komórkę społeczną (ludzie na forum dopatrują się w tym satyry, nie mogąc wręcz uwierzyć, że to zostało nakręcone na poważnie - a zostało). Albo obsypane deszczem nagród "Przełamując fale", gdzie główna bohaterka wmawia sobie, że jej chory mąż wyzdrowieje, jeśli będzie się oddawać robotnikom za pieniądze. Ludzie, którzy nie widzą w powyżej opisanych zachowaniach niczego dziwnego, nie powinni mieć żadnych zastrzeżeń do fabuły "Portretu o zmierzchu".

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Barwy ochronne (1976) [8/10]

plakat Stary cynik kontra młody idealista

Na letnim obozie studenckim młodziutki, pełen ideałów, pracownik naukowy przechodzi przyśpieszony kurs życia, pod kierunkiem makiawelicznego docenta.

Zanudzi ogrywa swój chyba ulubiony, poza Bogiem, temat - starcia cynizmu z idealizmem. Ale tym razem (co nie zawsze mu wychodzi, zwłaszcza w późniejszych latach) zrealizowane jest to mistrzowsko. Starcie dwóch osobowości, koncertowo zagranych przez Piotra Garlickiego i (zwłaszcza!) Zbigniewa Zapasiewicza ogląda się z zapartym tchem, chłonąc rewelacyjne dialogi. Niektórzy twierdzą, że siłą tego filmu jest wyłącznie życiowa rola Zapasiewicza, ale moim zdaniem to niesprawiedliwa ocena tego znakomitego filmu. Nawet gorzej zagrany, to byłby nadal bardzo dobry, skłaniający do przemyśleń dramat psychologiczny. Zgrzyta w tym wszystkim jedynie dziwaczny i przerysowany wątek porytego studenta z Torunia, granego w przeszarżowany sposób przez Eugeniusza Priwieziencewa. Natomiast grę Zapasiewicza oceniam mimo wszystko "tylko" na 9.5, gdyż momentami wkrada się tam fałszywa teatralna nuta, co razi tym bardziej, że reszta roli jest wyczesana w kosmos.

Zanudzi do tematu powrócił ćwierć wieku później w filmie "Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową"; do tego stopnia, że Zapasiewicz powtarza tam praktycznie tę samą rolę starego (teraz już dużo starszego) cynika. Wyszło to duuuużo gorzej niż w "Barwach ochronnych", co tym bardziej pozwala docenić ten drugi - starszy - obraz.

Film można obejrzeć legalnie i za darmo na Jutubie.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Thin Red Line, The (1998) [1/10]

plakat "Dlaczego cesarz jest nagi, mamusiu?"

Ktoś mnie spytał dlaczego tak mało. Już odpowiadam.

No mnie zdarza się filmy surowo oceniać - tak już mam. Nie jestem z tych, którzy "1" mają zarezerwowane dla kina klasy "G", a wystarczy że są ładne zdjęcia czy cuś i już czują się w obowiązku dać wyżej. Szczegółowo tego nie wyjaśnię, bo widziałem go kilkanaście lat temu, ale pamiętam, że ledwo dałem radę go dooglądać do końca i zrobił na mnie wrażenie totalnej grafomanii. Nie, to nie jest film poetycki. To jest film grafomański.

Zwróćcie uwagę, że ostatnie filmy Malicka potrafią wyśmiewać nawet krytycy i zdarza im się używać dokładnie tego słowa - "grafomania". Pseudointelektualny bełkot i pusty nadmuchany do granic pęknięcia pretensjonalny balon (tak czytałem w recenzjach - któryś został nawet bodajże wygwizdany na pokazie premierowym w Cannes). Dlatego przywołuję "Nowe szaty cesarza", bo lubię sobie megalomańsko myśleć: "No, Katarakty, już wtedy się na nim poznałeś, gdy inni się jeszcze zachwycali: Aj waj, jakie to mądre i poetyckie, nic nie rozumiem, ale jakie to głębokie". Może to zbyt surowa ocena wynikająca z rozczarowania, bo nastawiałem się na "Szeregowca Ryana" - genialny film wojenny, a dostałem pseudointelektualną bełkotliwą piłę. No ale czasu już nie cofnę, żeby jeszcze raz obejrzeć, a wrażenia z tamtego seansu to 1/10.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową (2000) [5/10]

plakat Nie filozuj, Krzysiek

Krzysztof Zanudzi to czołowy przedstawiciel tzw. "kina moralnego niepokoju". W "Życiu..." gigant polskiej kinematografii bierze się za bary z samą Śmiercią. Głównym bohaterem jego dzieła jest lekarz, doktor Tomasz Berg (Zbigniew Zapasiewicz), który, dowiadując się o swojej poważnej chorobie, postanawia walczyć o życie lub przynajmniej dobrze wykorzystać czas, który mu pozostał. W wypadku tego filmu nie będzie chyba wielkim spojlerem, jeśli ujawnię, że nasz doktor walkę o życie doczesne przegra, zyskując w zamian życie wieczne. Alleluja.

Zanudzi to zdolny reżyser i niewątpliwie inteligentny facet, ale niestety często gęsto jego skłonność do "filozowania" rzuca mu się na talent filmowy i z filmowego piekarnika wychodzi zakalec. Przy czym nie zrozumcie mnie źle – nie twierdzę, broń Potworze, że kino nie powinno poruszać ważkich tematów czy zadawać trudnych pytań – nic z tych rzeczy. Problemem jest, gdy obsesja twórcy zaczyna mieć negatywny wpływ na jego warsztat.

Ten film ratuje wyłącznie genialna kreacja Zapasiewicza, który jest w stanie tchnąć życie w papierową postać głównego bohatera. Oczywiście, pokazanie na ekranie procesu umierania w męczarniach jest przejmujące samo w sobie i myślę że tu tkwi wyjaśnienie zagadki – dlaczego ten film cieszy się takim uznaniem. Cieszy się, bo widzowie czują się poruszeni, obserwując cierpienie zagrane przez znakomitego aktora. Jednak główny bohater, gdyby skupić się wyłącznie na tym, co mu zapisał w scenariuszu reżyser, to postać równie głęboka co superbohaterowie z komiksów Marvela. Zarówno jego światopogląd, dylematy, jak i późniejsza przemiana, pozostają wyłącznie w sferze papierowych deklaracji wygłaszanych – a nie ukazywanych – przez bohaterów. Zanudziemu nie chodzi bowiem o opowiedzenie nam pewnej historii pewnego człowieka z krwi i kości – my mamy się zapoznać z Postawami i wyciągnąć Naukę. Bohaterem jego filmu nie jest tak naprawdę jakiś tam doktor – to jest Ateista i Cynik. Jego przełożonym nie jest jakiś tam profesor tylko Obleśny Oportunista. Była żona i drugi mąż to Materialiści. No i wreszcie nasz Ateista nie umiera – on Poprzez Cierpienie Odnajduje Drogę Do Absolutu (użycie wielkich liter oczywiście celowe).

Tezę, że Zanudziego tak naprawdę wcale nie obchodzi fabuła własnego filmu, potwierdza chaotyczna konstrukcja tego obrazu, pełna niepotrzebnych epizodów (jak otwierająca film przypowieść o św. Bernardzie), pojawiających się znikąd bądź nagle urywanych wątków, jak również tragiczna gra aktorska większości drugoplanowych postaci, zwłaszcza młodego studenta (potworny Paweł Okraska), ale również np. Aleksandra Fabisiaka jako profesora czy Michała Sieczkowskiego jako dyrygenta. Tym bardziej należy docenić tych kilka ról, których odtwórcy radzą sobie pomimo braku wsparcia reżysera – dobrze grają Krystyna Janda (jakżeby inaczej) jako była żona, Szymon Bobrowski jako jej obecny mąż czy Monika Krzywkowska jako garderobiana Hanka.

Rwana i epizodyczna konstrukcja ponosi również część winy za ostateczną klęskę Zanudziego jako filmowca (bo może Zanudzi moralizator lub Zanudzi kaznodzieja odniósł tutaj zwycięstwo – ja jednak oceniam film a nie kazanie lub traktat filozoficzny). Trudno mi było bowiem przy takim sposobie opowiadania historii zbudować w umyśle jakąś więź z jej bohaterami i w efekcie przejąć się ich losami. W rezultacie nawet finałowa męka doktora Berga nie poruszyła moich emocji, choć na poziomie intelektualnym doceniałem oczywiście niesamowitą grę jednego z najlepszych polskich aktorów.

Podsumowując, wspaniała gra Zapasiewicza ratuje ten obraz przed całkowitą klęską – a dla niektórych wystarcza wręcz do odbioru tego filmu jako arcydzieła. Niestety gra aktorska to nie wszystko, a scenariusz tonie tutaj pod ciężarem Wielkich Pytań(tm) i religijnego moralizatorstwa. Przemiana bohatera pozostaje w sferze reżyserskiego chciejstwa niczym droga do kolektywu traktorzystki Wiery z czasów głębokiego socrealizmu. Zanudziego stać na więcej, dużo więcej.

Film można obejrzeć legalnie na Jutubie.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Suplement (2002) [3/10]

plakat Kino religijnego absurdu

Absurdalne dylematy i kiepska gra aktorska (oprócz genialnego Zapasiewicza rzecz jasna) w oazowej bajeczce ku pokrzepieniu moherowych serc. Jedyną wartością tego obrazu jest to, że jest on niejako uzupełnieniem poprzedniego filmu Zanudziego - "Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową". Występują w nim ci sami bohaterowie, powtarza się część scen, jednak gdzie indziej rozłożone są akcenty. Kompletnie do mnie nie przemawia to, gdzie reżyser postanowił tym razem te akcenty rozłożyć, ale sam pomysł nakręcenia "suplementu" rozwijającego pewne wątki z poprzedniego obrazu jest bardzo interesujący. Tylko to pozwala jakoś dotrwać do końca projekcji i w ostatecznym rozrachunku nie mieć poczucia totalnie zmarnowanego czasu. Jeśli więc podobało ci się "Życie...", możesz spróbować. Jeśli natomiast już tamten film wynudził cię śmiertelnie, lub go nie widziałeś, oglądanie tego obrazu nie ma najmniejszego sensu.

Film można obejrzeć legalnie na Jutubie.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Bez zarzutu / Irréprochable (2016) [8/10]

plakat Bez zarzutu

Bardzo dobry dramat, rewelacyjnie zagrany, świetny portret psychologiczny kobiety po przejściach. Gorąco polecam.

Uwaga! To nie jest thriller, wbrew temu, co jakiś idiota umieścił w gatunkach na IMDB i co jest wszędzie indziej stamtąd kopiowane.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham (2016) [10/10]

plakat Jak zjeść ciastko i mieć ciastko

Niesamowity film. Stężenie emocji wręcz niewiarygodne. Tym bardziej, że to prawdziwe emocje.

Wyjaśnienie tytułu tej mikrorecenzji byłoby psujem. Stanie się zrozumiały po obejrzeniu filmu, do czego gorąco zachęcam.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Polowanie na muchy (1969) [9.5/10]

plakat Arcydzieło mimochodem

Andrzej Wajda odkłada do szafy ojczyznę i kręci brawurową satyrę lekko podlaną surrealizmem. No kto by się spodziewał? Na pewno nie ja. Powstał film do postawienia na tej samej półce, na której trzymacie Rejs i komedie Barei. Warto zaznaczyć, że autorem scenariusza Polowania... jest zresztą Janusz Głowacki, współscenarzysta Rejsu.

Z dostępnej w Internecie wypowiedzi reżysera wynika, że nie uważał tego filmu za udany, co tylko świadczy o tym, że w jego najlepszym okresie arcydzieła wychodziły mu (przynajmniej czasem) nawet mimowolnie.

Zupełnie dla mnie niespodziewanie, bo staram się nie czytać nic o filmach przed ich obejrzeniem, ten obraz okazał się ostrą satyrą na męską ciotowatość, kobiecą pijawkowatość i - właściwie nie wiem jak nazwać zaburzenie psychiczne jednej z bohaterek - oraz na artystowski światek PRL-u i "chjumanistyczną" nowomowę. Główna oś fabularna przedstawia nam perypetie Włodka (Zygmunt Malanowicz), stłamszonego przez żonę pantoflarza, który wikła się w romans z zaborczą kobietą, graną przez Małgorzatę Braunek. Wszystko to okraszone jest znakomitą ścieżką dźwiękową Andrzeja Korzyńskiego, świetną scenografią i kostiumami, rewelacyjną grą aktorską plejady polskich aktorów - często w malutkich brawurowych epizodach (Fedorowicz, Grechuta, Friedmann, Olbrychski).

Warto obejrzeć już dla samej - histerycznie śmiesznej - sceny imprezy w Nieporęcie:

- A kto to jest?
- 100 metrów pomidorów pod wysokim szkłem.
- Kto to jest ta dziewczyna?
- Piwna 58, tatuś na placówce.


No i oczywiście niezapomniany fikcyjny zespół bigbitowy "Bliscy płaczu".

Gorąco polecam, nawet (a może właściwie zwłaszcza) tym, którzy nie przepadają za Wajdą w wydaniu patriotycznym.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Ni le ciel, ni la terre / Neither Heaven Nor Earth (2015) [9/10]

plakat Afgański "Piknik pod Wiszącą Skałą"

Film wojenny wymieszany z dramatem psychologicznym i… realizmem magicznym? Horrorem? Sam nie wiem jak to określić, ale to działa. Film ma niesamowity klimat, trzyma w napięciu i skłania do myślenia. Polecam.

Aha, osobie odpowiedzialnej za wybór polskiego tytułu należy się solidny kop w dupę. To jakby "Apocalypse Now" "przetłumaczyć" na "Wojna w Wietnamie".

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Interruption (2015) [8/10]

plakat Dziwny, enigmatyczny, wieloznaczny, niepokojący, fascynujący

Dawno nie miałem takiego problemu, żeby ocenić film. Nic się nie dzieje, a trzyma w napięciu jak najlepszy horror. Tylko co ja właściwie obejrzałem...?

Tak czy siak gorąco polecam - przekonajcie się sami. Warto.

Uwaga - niech was nie zmyli etykieta "thriller" w serwisach filmowych. To jest dramat psychologiczny. W napięciu trzyma, jak ktoś lubi takie kino, ale ma to więcej wspólnego z Bergmanem niż Fincherem.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

In jouw naam / In Your Name (2014) [1/10]

plakat Walić prawdopodobieństwo psychologiczne - ma być szokująco

Żenujące. Jeśli to zostało nakręcone na poważnie, to współczuję scenarzyście. Jeśli to miała być kpina z miłośników dramatów psychologicznych, to tym bardziej mu współczuję.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]