Showing posts with label C. Show all posts
Showing posts with label C. Show all posts

Crash Test Aglaé (2017) [9.5/10]

plakat Aglaé Miauczyńska jedzie do Indii

"Crash Test Aglaé" to historia Aglaé (w tej roli India Hair - to nie żart, tak nazywa się aktorka), młodej kobiety z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi (pamiętacie bohatera "Dnia świra"?). Ze swoją nerwicą radzi sobie, prowadząc skrajnie ustabilizowane życie i obsesyjnie poświęcając się pracy testerki zderzeniowej w fabryce samochodów. Pewnego dnia firma w ramach cięcia kosztów postanawia zamknąć fabrykę, w której pracuje Aglaé i otworzyć taką samą w Indiach. Teoretycznie pracownicy mogą podjąć pracę w nowym zakładzie na indyjskich warunkach - za ułamek dotychczasowej pensji i bez żadnych świadczeń socjalnych. Ale Aglaé, jak każda osoba z nerwicą natręctw, jest skrajnie uparta i boi się zmian a jej praca stanowi sens jej życia. Ku zaskoczeniu i konsternacji dyrekcji postanawia więc przyjąć "ofertę do odrzucenia" i przenieść się do Indii, choćby miała tam pójść na piechotę.

Jak ja lubię takie niespodzianki. Pośród sterty festiwalowego arthousowego śmiecia trafiła mi się znienacka ta cudowna, zjadliwa, lekko surrealistyczna komedia, ze świetnym scenariuszem, inteligentnym humorem, znakomitą grą aktorską i pięknymi zdjęciami. Spora część humoru oparta jest na tym, że barwne postaci z kamienną twarzą robią absurdalne rzeczy a kamera filmuje je jakby to było zupełnie normalne. Jeśli nie parskniecie śmiechem na widok kobiety kąpiącej się w wannie z psem, to znaczy, że taki rodzaj humoru nie jest dla Was. Jeśli jednak lubicie np. komediodramaty braci Coen, gorąco polecam zainteresować się tym filmem. Pierwsza jego część - czyli cały wątek cięcia kosztów kosztem pracowników - pomimo humorystycznego ujęcia zawiera też całkiem solidną dawkę zjadliwego komentarza społecznego na temat funkcjonowania globalnych koncernów i ich podejścia do zatrudnionych ludzi. Wraz z wyruszeniem Aglaé w podróż obraz zamienia się w film drogi i trochę traci impet. Pod koniec rażą niektóre rozwiązania fabularne z kategorii "deus ex machina"; nie przypadło mi do gustu również samo zakończenie. W ogólnym rozrachunku film pozostaje jednak szaleńczo zabawną i inteligentną komedią, którą polecam każdemu, dla kogo zabawnymi filmami są "American Beauty" i "Big Lebowski" a nie "Głupi i głupszy", polskie "komedie" miłosne czy produkty filmopodobne Sandlera.

Muszę wspomnieć o jeszcze jednym elemencie tego niecodziennego filmu - niespotykanym wśród Francuzów podejściu do języków (co może wynikać z tego, że debiutujący reżyser, Eric Gravel, jest francuskim co prawda, ale jednak Kanadyjczykiem). Po pierwsze - bohaterki filmu znają inne języki poza francuskim i część dialogów jest wygłaszana po angielsku, niemiecku, a nawet polsku i rosyjsku (sic!), a po drugie - twórcy pozwalają sobie nawet na świętokradczy w kraju nad Sekwaną żart, wyśmiewając typowe dla tej nacji oczekiwania, że cały świat będzie (a przynajmniej powinien) mówić po francusku. Well done, Mr. Gravel!

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Coco (2017) [8.5/10] (ocena 7-latki: 5/10)

plakat Księga życia 2: Coco

"Księga życia 2: Coco" jest, jak większość kontynuacji, gorsza od oryginału. Tak, tytuł tej recenzji jak i powyższe słowa mają być lekko złośliwe. O co mi chodzi? Otóż "Księga życia" to znakomita animacja z 2014 roku, poruszająca w zrozumiały i atrakcyjny dla dzieci sposób trudny temat umierania, pamięci o zmarłych i życia pozagrobowego. Opowieść umiejscowiona jest w realiach meksykańskiego folkloru związanego ze Świętem Zmarłych ("Día de los Muertos") a mieszkający w Krainie Pamiętanych umarli przedstawieni są jako kościotrupy. Brzmi znajomo? No właśnie.

Podobno zarówno "Book of Life" jak i "Coco" - pomimo znaczącej odległości pomiędzy premierami - powstawały w tym samym czasie i rzekomo ich podobieństwo to czysty zbieg okoliczności - w sieci można wyszukać sobie argumenty mające przemawiać za tym, że to przypadek. Na pewno "Coco" nie jest zwyczajnym bezczelnym plagiatem, bo same historie umiejscowione w owym mitycznym świecie Umarłych są odmienne. Jednak podobieństwo koncepcyjne i scenograficzne jest tak uderzające, że naprawdę ciężko uwierzyć, że nie było tu bezpośredniej inspiracji. W końcu ile znacie animacji dla dzieci opartych na przedchrześcijańskich meksykańskich wierzeniach w życie pozagrobowe?

Pomimo tego, pragnę podkreślić, że "Coco" nie dostał ode mnie żadnych punktów karnych za to dziwne podobieństwo, a w dalszej części recenzji postaram się ten film oceniać jakby "Księga życia" nie istniała. Wspominam o tym wszystkim wyłącznie po to, żeby oddać należny pokłon pierwszemu na liście mety. "Book of Life" jest filmem rewelacyjnym a przy tym bardzo niedocenionym, który nie osiągnął należnego mu sukcesu komercyjnego (chociaż był nominowany do Oscara). Jest on moim zdaniem dużo lepszy od "Coco" i wart obejrzenia niezależnie od tego, czy film studia Pixar przypadnie wam do gustu czy nie. Pamiętajmy o "Book of Life", bo, jak uczą oba te obrazy, Zapomnianych czeka bardzo niewesoły los.

Oczywiście oglądając filmy z tego studia nie da się uniknąć porównań, ale wynikających raczej z wygórowanych oczekiwań, które każdy widz ma wobec kolejnych obrazów wychodzących z tej wytwórni. Mając w pamięci takie arcydzieła jak "Ratatuj" lub "W głowie się nie mieści" widz oczekuje niestety takiej samej jakości. Niestety, bo w tym przypadku moim zdaniem nie udało się dorównać najwyższym osiągnięciom Pixara. Ten film jest "tylko" bardzo bardzo ale to bardzo dobry. Nie jest arcydziełem jak rzeczone "Inside Out".

Animacja w "Coco" jest oczywiście perfekcyjna, fabuła gdzie trzeba zabawna, gdzie trzeba emocjonująca, ale czegoś zabrakło - tej iskry, która spowodowała erupcję geniuszu, który wystrzelił "W głowie się nie mieści" na absolutne wyżyny sztuki filmowej. Scenariusz jest tym razem trochę słabszy niż w najlepszych filmach animowanych ostatnich lat. Moim zdaniem największa siła tych najlepszych obrazów tkwi w nieprzewidywalności. Tzw. bajki dla dzieci od zawsze cierpiały na schematyzm, który osobie dorosłej poważnie psuł frajdę z oglądania prezentowanej historii. Od czasów "Shreka" to zaczęło się zmieniać. Pokażcie mi jedną osobę na świecie, która przewidziała zakończenie "Ratatuj" albo rzeczonego "Shreka" lub domyśliła się jak dokładnie potoczy się fabuła "Frozen" czy "How To Train Your Dragon". Tymczasem w "Coco" główna przewrotka fabularna jest niestety wyczuwalna na kilometr, co nie jest oczywiście jakimś strasznym grzechem w filmie - jakby nie było - również dla dzieci, ale mnie osobiście, z wyżej wymienionych powodów, rozczarowało. Rozczarowujące są też piosenki, które nawet nie zbliżają się do mistrzowskiego poziomu "Frozen", pomimo tego, że autorami jednej z nich są kompozytorzy genialnych utworów z "Krainy Lodu" właśnie - Kristen Anderson-Lopez i Robert Lopez.

Moim zdaniem, twórcom nie do końca udało się też zbalansować poszczególnych elementów filmu. Wiadomo, że w obrazie skierowanym do dzieci muszą być elementy komediowego oddechu, sceny akcji, trzeba tu troszkę postraszyć, tam troszkę zasmucić. No i właśnie - wybierając do opowiedzenia taką a nie inną historię, twórcy z góry postawili się trochę na przegranej pozycji. Nie chcę tu streszczać fabuły, bo staram się tego unikać w moich recenzjach, więc napiszę może tak: konflikt jaki oglądamy w tym filmie jest poważny i grożący bardzo daleko idącymi konsekwencjami dla głównego bohatera, Miguela. Jednak nie jest to konflikt z cyklu "goni nas czarny charakter i chce nas zabić". Jest to, można powiedzieć, konflikt rodzinny, a kochająca babcia to nie jest mimo wszystko bohaterka, którą można obarczyć funkcją straszenia widza. W końcu to dalej kochająca babcia, nawet jeśli chwilowo się z nią pokłóciliśmy i przed nią uciekamy. Pojawia się więc potwór, który zaczyna ścigać naszego bohatera a sceny z nim, okraszone odpowiednią muzyką, mają właśnie straszyć. Ale chwila, chwila... Ten potwór nie jest tak naprawdę potworem - on chce Miguela schwytać, żeby rodzina mogła mu pomóc. Gdy człowiek sobie to uświadomi, te w założeniu trzymające w napięciu sceny zaczynają zgrzytać na łączach.

Wielka scena akcji, do której dochodzi pod koniec filmu, również zawodzi. Wydaje się napisana na kolanie, no bo - właśnie - musi być, to jest. Również nie wszystkie przemiany wewnętrzne bohaterów są przekonująco pokazane. A przynajmniej nie jest to poziom tych najlepszych produkcji, o których wspominam wyżej. Zaskakująco mało jest również w tym filmie humoru. To znaczy humor jest, ale głównie ten skierowany do dorosłych i nastolatków. Bardzo mało jest w filmie humoru slapstickowego, który zapewniłby rozrywkę młodszym dzieciom. Znajoma siedmioletnia krytyczka filmowa stwierdziła bez ogródek, że film jej się nie podobał, bo był nudny (jej ocena to 5/10). A jest to osoba, która świetnie się bawiła na - też przecież poruszającym bardzo poważne tematy - "W głowie się nie mieści". Tutaj było zbyt poważnie - a więc dla niej nudno. Co za to w żadnym stopniu nie zawodzi i gdzie Pixar po raz kolejny pokazuje, że absolutnie nie ma sobie równych w dzisiejszych czasach, to umiejętność wzruszania widza (dla znajomej krytyczki aż za bardzo). Nie wiem jak oni to robią; tym razem łez nie wywołuje nawet śmierć żadnego z bohaterów, tylko zwyczajna scena śpiewania komuś piosenki. Nagle poczułem się, jakby Smutek z "Inside Out" pstryknęła mi w głowie przełącznikiem i zacząłem ryczeć jak bóbr. Dawno już nie czułem takich emocji podczas oglądania filmu. Ktoś, kogo "Coco" nie wzruszy, musi mieć poważny problem z emocjami lub odczuwaniem empatii. Przesłanie filmu, co jest już standardem dla Pixara, jest też zwyczajowo bardzo mądre i nienachalnie podane.

Strasznie się rozpisałem, ale muszę wspomnieć jeszcze o polskim dubbingu. Nie wiem jak to zostało rozwiązane w angielskiej wersji językowej, ale bardzo spodobała mi się decyzja, aby w polski tekst wpleść pojedyncze hiszpańskie słowa lub nawet całe zwroty, mające podkreślać, że rzecz cała dzieje się w Meksyku. Wyszło to zaskakująco zgrabnie i stylowo. Brawo.

Podsumowując, dla mnie "Coco" nie dorównuje najlepszym animacjom ostatnich lat, ale to wciąż bardzo bardzo bardzo dobry, mądry i niezwykle wzruszający film, który gorąco polecam dorosłym oraz starszym dzieciom. Nie wydaje mi się jedynie odpowiedni dla dzieci młodszych niż powiedzmy 8 lat; przy czym wcale nie z powodu wulgarności czy przerażających scen, ale zaskakująco poważnej (nawet jak na Pixara) i zbyt naładowanej emocjami fabuły pozbawionej odpowiedniej ilości komediowych przerywników dostosowanych do percepcji i wrażliwości młodszych dzieci.

(Pssssstttt... Pamiętajcie o "Księdze życia".)

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Człowiek pogryzł psa / C'est arrivé près de chez vous (1992) [8/10]

plakat Śmierć człowieka pracy

Niesamowita groteska i zarazem jeden z najbardziej bezkompromisowych mokumentów jakie kiedykolwiek nakręcono. Trochę tylko zbyt powierzchowny. Zabrakło mi ukazania mechanizmu odpowiadającego za wciągnięcie filmowców w świat zbrodni. No chyba, że film został jednak nakręcony wyłącznie dla beki i niepotrzebnie wszyscy doszukują się w nim jakichś głębszych sensów. Pomimo tego ogląda się z zapartym tchem a kilka scen wbija się w mózg z siłą pocisku z pistoletu głównego bohatera.

Rzadkość: polski (i angielski) tytuł lepsze od oryginalnego ("Zdarzyło się w twoim sąsiedztwie").

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Casum / Rage (2011) [1/10]

plakat Trudne sprawy po ormiańsku

Znalazłem przypadkowo na Jutubie. Próbowałem obejrzeć z ciekawości. Nie da się. Poziom paradokumentów z Polshitu. Aha, jest tylko po ormiańsku. Nie, nie znam ormiańskiego, ale poziom tej produkcji da się ocenić i bez tego.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Czarny węgiel, kruchy lód / Bai ri yan huo (2014) [6/10]

plakat Film wart obejrzenia, ale wygrana w Berlinie to chyba jakiś żart

Niezły kryminał, chociaż fabuła prowadzona jest strasznie chaotycznie. Na plus ukazanie chińskiej socrealistycznej egzotyki. Mamy rok 2004 a rzeczywistość otaczająca bohaterów jest w stanie totalnego rozkładu – zarówno materialnego jak i społecznego. Powinno się ten film puszczać homo sovieticusom w ramach terapii.

Uwaga – to nie jest wcale thriller, wbrew takiej kategorii widniejącej na stronie filmu na niektórych portalach…

Uwaga 2 – recenzja redakcyjna na Filmwzjebie zawiera okropne spojlery. Radzę omijać szerokim łukiem.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Cloverfield (2008) [7/10]

plakat Niezła rozpierducha

Styl "found footage" potrafi dodawać realizmu i emocji, ale tu, moim zdaniem, lepiej by się sprawdził normalny sposób filmowania. Pomimo tego warto obejrzeć, bo to nadal świetnie zrobiony i trzymający w napięciu horror SF. Po prostu mógłby być jeszcze lepszy, gdyby został zrobiony tradycyjnie.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Charro de Toluquilla, El / The Charro of Toluquilla (2016) [6/10]

plakat Dość interesujący dokument

Zwyczajny Meksykanin. Z wirusem HIV. Brzmi ciekawiej niż wygląda. Można obejrzeć.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Cleo od piątej do siódmej / Cléo de 5 à 7 (1962) [6/10]

plakat Dzień pustaka

Jakoś mnie nie zachwycił. Ciężko się przejąć potencjalną chorobą tak irytującej postaci - pustej rozkapryszonej idiotki. Na plus praca kamery i zwiedzanie Paryża z początku lat 60-tych. Wtedy pewnie zachwycał stroną realizatorską, ale ta warstwa niestety nie robi już takiego wrażenia. A od strony gry aktorskiej i scenariusza nie powala.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Charlie Chan in London (1934) [4/10]

plakat The butler did it

Cieniutki kryminał. Rzekomy research do tego filmu jest jednym z wątków "Gosford Park" Altmana. Innych powodów do oglądania tej ramotki nie widzę. Zestarzał się, a fabuła była słaba pewnie nawet te 80 lat temu.

Można sobie obejrzeć na Jutubie.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Ciacho (2010) [1/10]

plakat Zakalec

Zgodnie z zasadą Hitchcocka zaczyna się od pierścionka w odbycie, a potem jest już tylko gorzej.

Na szczęście Mieciu Masochista uchronił mnie przed stratą dwóch godzin życia. Polecam jego recenzję zamiast seansu.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Cwał (1995) [7/10]

plakat Komediodramat z epoki stalinizmu

Świetnie zagrany. "Nie stać nas na ubezpieczenie, więc kazałam księdzu poświęcić. Wyjdzie na to samo".

Dostępny legalnie na Jutubie.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Córa marnotrawna (2001) [1/10]

plakat Żenada

Ten film to totalne nieporozumienie i absolutna żenada. Nie ma scenariusza, w ekipie zabrakło również montażysty, scenografa i osoby odpowiedzialnej za kostiumy. Fabuła, jeśli można to w ogóle nazwać fabułą, jest idiotyczna. Gra aktorska, poza nielicznymi wyjątkami (niezawodni Barciś i Buczkowski), nie istnieje. Radzę omijać szerokim łukiem, bo można się nabawić urazu do polskiej kinematografii.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]