Showing posts with label T. Show all posts
Showing posts with label T. Show all posts

Thé au harem d'Archimède, Le / Tea in the Harem (1985) [2/10]

plakat Zabawy zwierząt i parada atrakcji we francuskich slumsach

Film "Le thé au harem d'Archimède" Mehdi Charefa jest jednym z pierwszych przedstawicieli tzw. kina beur, a więc kina tworzonego przez arabskich imigrantów we Francji. Samo słowo "beur" jest potocznym określeniem Araba. Nie jest to formalnie pierwszy obraz w tej stylistyce, jest jednak pierwszym, który uzyskał uznanie zarówno publiczności jak i krytyki. Z dzisiejszej perspektywy jest to trudne do pojęcia i może to chyba wyjaśnić tylko postkolonialna trauma francuskiego społeczeństwa związana z poczuciem winy za "grzech kolonializmu" - lub może zachwyt odmiennością tematyki?

A dlaczego trudno ówczesny zachwyt wyjaśnić? Gdyż jest to obrzydliwy i bezwartościowy film. Przedstawia nieudolnie pozlepiane scenki z życia czy też raczej wegetacji francuskiego i arabskiego dresiarstwa w blokerskich slumsach. Pozbawione właściwie fabuły slajdy ilustrują totalną patologię. Nasi „zbuntowani” bohaterowie piją alkohol, palą, kradną, biją, uprawiają seks z prostytutkami, pijaczkami spod bloku oraz żonami sąsiadów, zajmują się stręczycielstwem i zwykłym bezinteresownym wandalizmem. Co gorsza, przedstawione jest to, jakbyśmy oglądali zwykły film obyczajowy o życiu francuskich nastolatków, buntujących się przeciwko autorytetom, bo "matka ciągle krzyczy". Nie mówię, że każdy film musi nieść prostacki morał i być umoralniającą rozprawką - jestem jak najdalszy od tego. Ale sposób w jaki ukazane są perypetie bohaterów w tym filmie wywołuje obrzydzenie i zażenowanie. Można pokazywać przygody degeneratów, ale to musi mieć jakiś cel, do czegoś prowadzić - dobry przykład mamy w genialnej i również francuskiej "Nienawiści", która gdyby nie to, że nakręcona przez Francuza, byłaby sztandarową przedstawicielką kina beur. Na marginesie - widziałem w sieci porównania tego filmu z "Nienawiścią" właśnie. Nie mieści mi się w głowie, jak można zestawiać ze sobą te dwa filmy pod względem jakości (no chyba, że właśnie na zasadzie przeciwieństwa), bo dzieli je przepaść. To jakby pisać, że obraz Gracjana Roztockiego jest porównywalny z obrazem van Gogha, dlatego że na obu są słoneczniki.

Jednak gwoździem do trumny tego obrazu jest żałosne usprawiedliwianie patologii rzekomym odrzuceniem tych ludzkich śmieci przez burżuazyjne społeczeństwo. Co jest nam ukazane w jednej - tak, jednej - prostackiej scenie w urzędzie pracy. Scenie na poziomie socrealistycznego produkcyjniaka. Arabowi odmawia się zatrudnienia z powodu wymyślonej wady wzroku, po czym przyjmuje się z otwartymi ramionami Francuza z denkami od butelek na oczach. Ach, jakie to subtelne... Już nawet nie wspominając o tym, że tuż przedtem rzeczony Arab daje do zrozumienia, że nie ma zamiaru przyjąć francuskiego obywatelstwa, gdy urzędnik sugeruje, że ułatwiłoby mu to znalezienie pracy. A więc jest typowo - integracja nie, ale rączka po kasę i owszem, bo mi się należy, a jak nie, to będę was okradał i palił wam samochody.

Wszystkie te sceny są oderwane od siebie, nie łącząc się w żadną sensowną opowieść, jakbyśmy oglądali ilustrowaną wersję kodeksu wykroczeń. Może wynika to z tego, że film jest nieudolną ekranizacją powieści (bo to jest ekranizacja), ale to niczego nie usprawiedliwia. Każdą książkę da się dobrze sfilmować, jeśli tylko ma się talent.

I jeszcze jedno, bo powoli zaczyna mnie to intrygować - chodzi mianowicie o francuską fascynację patologią i tejże patologii usprawiedliwianie lub przynajmniej traktowanie jej jako czegoś normalnego. Wymienię tu tylko jeden film - zresztą jeden z najobrzydliwszych filmów, jakie widziałem w życiu - bo "Le thé au harem d'Archimède" jest niemalże jego remakiem. Mowa o "Les valseuses". Najwyraźniej z tym narodem było coś poważnie nie ten tego już co najmniej od dziesięcioleci. Les valseuses nie jest również filmem o imigrantach, tylko o rodzimych degeneratach, nie jest to więc kwestia patologii przynależnej do kina beur. Został też nakręcony 11 lat wcześniej.

A, prawie bym zapomniał. Polski tytuł. Człowiekowi, który go wymyślił, powinno się wytatuować na czole "Nie umiem tłumaczyć tytułów". "Le thé au harem d'Archimède" to gra słów, co jest zresztą dobitnie wyjaśnione w filmie i na polski powinno zostać przełożone jako np. "Zatwardzenie Archimedesa" lub "Brawo Archimedes". Filmu nie oglądałem na szczęście z polskim tłumaczeniem, ale bardzo jestem ciekawy, czy w tejże scenie tłumacz też każe bohaterom opowiadać o herbacie w haremie...

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Thin Red Line, The (1998) [1/10]

plakat "Dlaczego cesarz jest nagi, mamusiu?"

Ktoś mnie spytał dlaczego tak mało. Już odpowiadam.

No mnie zdarza się filmy surowo oceniać - tak już mam. Nie jestem z tych, którzy "1" mają zarezerwowane dla kina klasy "G", a wystarczy że są ładne zdjęcia czy cuś i już czują się w obowiązku dać wyżej. Szczegółowo tego nie wyjaśnię, bo widziałem go kilkanaście lat temu, ale pamiętam, że ledwo dałem radę go dooglądać do końca i zrobił na mnie wrażenie totalnej grafomanii. Nie, to nie jest film poetycki. To jest film grafomański.

Zwróćcie uwagę, że ostatnie filmy Malicka potrafią wyśmiewać nawet krytycy i zdarza im się używać dokładnie tego słowa - "grafomania". Pseudointelektualny bełkot i pusty nadmuchany do granic pęknięcia pretensjonalny balon (tak czytałem w recenzjach - któryś został nawet bodajże wygwizdany na pokazie premierowym w Cannes). Dlatego przywołuję "Nowe szaty cesarza", bo lubię sobie megalomańsko myśleć: "No, Katarakty, już wtedy się na nim poznałeś, gdy inni się jeszcze zachwycali: Aj waj, jakie to mądre i poetyckie, nic nie rozumiem, ale jakie to głębokie". Może to zbyt surowa ocena wynikająca z rozczarowania, bo nastawiałem się na "Szeregowca Ryana" - genialny film wojenny, a dostałem pseudointelektualną bełkotliwą piłę. No ale czasu już nie cofnę, żeby jeszcze raz obejrzeć, a wrażenia z tamtego seansu to 1/10.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Tiempo sin pulso / Time without Pulse (2016) [6/10]

plakat Niezły film obyczajowy

Niezły film obyczajowy o problemach wieku dojrzewania, toksycznej rodzinie i radzeniu sobie ze stratą.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Tetarti 04:45 / Wednesday 04:45 (2015) [6/10]

plakat No nieźle nieźle...

Scenariusz nie do końca przekonuje, ale realizacja - zdjęcia, muzyka, nastrój - sprawiają, że ogląda się. Olbrzymi postęp w stosunku do debiutu tego reżysera (słabiutka "Opowieść nr 52").

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Tempestad (2016) [9/10]

plakat Poetycki dokument o państwie upadłym

"Tempestad" to drugi pełnometrażowy film dokumentalny pochodzącej z Salwadoru reżyserki Tatiany Huezo, która filmy kręci w sąsiednim Meksyku. Już jej debiut został dostrzeżony w obiegu festiwalowym i film "Najmniejsze miejsce na świecie" z 2011 r. ma na koncie kolekcję nagród i nominacji, choć może nie na tych największych festiwalach. Natomiast "Tempestad" zdążył już zdobyć Złotą Żabę w kategorii "Pełnometrażowy film dokumentalny" na tegorocznym festiwalu Camerimage oraz nagrodę publiczności na meksykańskim Morelia International Film Festival. Czy zasłużenie? Jak najbardziej.

Obraz ten to porażający dokument poświęcony korupcji policji i wymiaru sprawiedliwości w Meksyku, a właściwie temu, jaki ta korupcja ma wpływ na zwykłych ludzi. Po prostu nie mieści się w głowie, co tam się wyrabia. My w Polsce zwykle słyszymy, oglądamy i czytamy o takich historiach rozgrywających się za naszą wschodnią granicą. Jak się okazuje, Rosja nie jest jednak jedynym na świecie "jądrem ciemności".

Pomimo tego że film uważam za znakomity, lojalnie uprzedzam, że niektórych może znudzić z powodu sposobu narracji. Dwie kobiety na przemian powoli snują zza kadru opowieść o okropieństwach, które je spotkały. Pierwsza, Bogu ducha winna pracownica lotniska, została wtrącona do więzienia, bo – jak szczerze przyznał prokurator – skorumpowane państwo musiało pokazać, że walczy ze zorganizowaną przestępczością. Oskarżono więc grupę niewinnych ludzi. Powolna narracja jest ilustrowana zdjęciami pasażerów podróżujących autobusem, widokami przesuwającego się za oknem krajobrazu itp. - zupełnie bez związku z opowiadaną historią. W dodatku wypowiedzi bohaterki co i rusz są przerywane i zostajemy sam na sam z rzeczonym "vlogiem podróżniczym".

W pewnym momencie do filmu dołącza druga historia - kobiety z rodziny cyrkowców, której córka została porwana, najprawdopodobniej przez handlarzy ludźmi powiązanych z policją. Tu również opowieść jest co chwilę przerywana, a film pokazuje nam codzienne życie trupy cyrkowej, rozstawianie namiotu, ćwiczenia – wszystko w tej samej powolnej, poetyckiej manierze.

Rozumiem ideę przyświecającą wyborowi takiego, a nie innego zabiegu stylistycznego - reżyserka chciała pewnie w ten sposób pozostawić widzowi czas na refleksję, na przyswojenie kolejnych fragmentów opowieści oraz skontrastować opisywane okropieństwa z poetyckością i spokojem kadrów. Jednym słowem - pozwolić historii wybrzmieć. Ale przez taki a nie inny montaż i koncepcję wizualną, ogląda się ten obraz niestety dosyć ciężko. I nie mam tu wcale na myśli ciężkiego kalibru relacjonowanych wydarzeń.

Mimo wszystko, mnie ten film głęboko poruszył i – siedząc obok tak ciekawych pasażerek – jakoś zniosłem tę długą podróż autobusem, ale obawiam się, że wiele mniej odpornych na narracyjne niewygody osób wysiądzie na pierwszym przystanku.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]