Showing posts with label dramat. Show all posts
Showing posts with label dramat. Show all posts

Żona (2017) [9/10]

plakat "Behind every great man is a great woman"

Świetny dramat; wbrew niektórym opiniom silny nie tylko mocą genialnych kreacji aktorskich (nie tylko jak zawsze bezbłędnej Glenn Close ale i znakomitego Jonathana Pryce’a), ale również świetnie napisanej historii i precyzyjnej reżyserii. Pomimo krótkiego jak na dzisiejsze czasy metrażu, twórcom udaje się zawrzeć w filmie wszystko co trzeba, aby opowieść mogła właściwie wybrzmieć. Postaci są bogate i zniuansowane a historia wcale nie taka oczywista jak wydaje się to na początku.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Ostatnia rodzina (2016) [8/10]

plakat Dysfunkcyjna rodzina

Mało było chyba w ostatnich latach filmów tak kontrowersyjnych jak "Ostatnia rodzina". I to – niespodzianka! – z powodów innych niż zwykle. Nie chodzi o krytykę religii, nadmiar wyuzdanego seksu, brutalność czy politykę, a o to, że pewien człowiek został pokazany jako większy wariat niż w rzeczywistości. Problem w tym, że człowiekiem tym był Tomasz Beksiński, znakomity tłumacz, dziennikarz muzyczny, ale przede wszystkim prezenter radiowy, który swoją osobowością zaczarował kilka pokoleń radiosłuchaczy. Nocne audycje Tomka miały charakter niemalże parareligijnych misteriów, a rzesze fanów są zafascynowane jego postacią nawet 20 lat po jego śmierci.

Z pozoru, dla osób postronnych, Tomasz Beksiński był brylującym na salonach wśród rzeszy wyznawców elokwentnym czarusiem, człowiekiem sukcesu. Jednak w duszy, dla jego bliskich oraz osób, które zadały sobie trud, aby wczytać się w jego felietony lub posłuchać ze zrozumieniem jego audycji, Tomek był głęboko zaburzonym, egoistycznym, neurotycznym i nieszczęśliwym człowiekiem z głęboką depresją (a niektórzy twierdzą, że wręcz chorobą afektywno-dwubiegunową). Skąd więc te kontrowersje? Otóż stąd, że ojciec Tomka, sławny malarz Zdzisław Beksiński, kompulsywnie filmował życie rodzinne kamerą VHS i sporo takich nagrań jest dostępnych do obejrzenia w Internecie. Tymczasem kreacja grającego Tomasza Dawida Ogrodnika drastycznie odbiega od tego, co możemy w każdej chwili zobaczyć na oryginalnych nagraniach. Dziwaczne zachowania Tomasza, jego tiki, wybuchy gniewu są tutaj karykaturalnie przerysowane. I tego fani dziennikarza nie mogą zrozumieć ani wybaczyć.

Muszę przyznać, że w dużej mierze rozumiem ich rozgoryczenie, gdyż przerysowanie zachowań Tomasza jest uderzające i również nie pojmuję tej decyzji artystycznej. Uważam ją za błędną i nie przekonuje mnie tłumaczenie w stylu "chcieliśmy, żeby to była uniwersalna historia a nie dosłowne odegranie dziejów rodziny Beksińskich". Jeśli tak, to przecież nikt nie bronił twórcom nakręcić filmu fabularnego o dysfunkcyjnej rodzinie Kowalskich z głęboko zaburzonym synem na pograniczu autyzmu. Ale jeśli kręcimy film o Beksińskich, ma to niby być film biograficzny, z wielką dbałością odtwarzamy każdy szczegół wnętrza peerelowskiego mieszkania, aktorom każemy dokładnie odgrywać uwiecznione na kasetach VHS sceny – i tylko jeden Dawid Ogrodnik w tym niemal dokumentalnym obrazie odtwarza jakąś niepojętą karykaturę swojej postaci, to ja tego nie rozumiem i nie kupuję.

Proszę mnie jednak nie zrozumieć źle – kreacja Ogrodnika jest sama w sobie znakomita i gdyby on grał autystycznego Adama Kowalskiego, nikt nie powiedziałby o niej złego słowa. No ale to miał być Beksiński... A nie jest. Z tyłu głowy pojawia się zresztą nieprzyjemna myśl, że może rzeczywiście plan zakładał nakręcenie uniwersalnej historii, a Beksińscy pojawili się w tej układance tylko po to, żeby za pomocą sławnych bohaterów lepiej sprzedać swój film… Jeśli taka właśnie była motywacja twórców, to bardzo nieładnie z ich strony.

Pomimo tych zarzutów, w mojej ocenie film się broni. Jestem w stanie przejść do porządku dziennego nad tą absurdalną niespójnością, a prawie każdy inny element tego obrazu jest znakomity. Wspaniała gra aktorska Andrzeja Seweryna, który – zupełnie inaczej niż Ogrodnik – praktycznie staje się Zdzisławem Beksińskim czy przejmująca kreacja Aleksandry Koniecznej jako Zofii Beksińskiej zachwycają. Podobnie wielkie wrażenie robi scenografia i pietyzm, z jakim udało się oddać realia szaro-burej peerelowskiej egzystencji. Zdjęcia i muzyka (twórcom udało się pozyskać szereg ulubionych przez Tomka przebojów) dopełniają rewelacyjnej całości.

A czy historia rzeczywiście jest uniwersalna? No cóż, ma rację Zdzisław mówiący w pewnym momencie, że "każdy ma jakieś ukryte potrzeby, tylko straszliwie boi się ich ujawnienia", czy to będzie członek PiSu marzący o innym członku czy lewicowa działaczka skrycie gardząca Afrykańczykami. Opowieść o dysfunkcyjnej rodzinie jest nakręcona z maestrią i głęboko poruszająca sama w sobie, bez odwoływania się do biograficznego kontekstu. Chociaż mam wrażenie, że dla osób nieznających w ogóle historii Beksińskich, film ten może być miejscami nieczytelny – zwłaszcza jego ostatni rozdział. Kim są ci ludzie, którzy nagle pojawiają się w domu Beksińskich? O co tu w ogóle chodzi? Ja wiem, ale ktoś, kto siada, żeby obejrzeć "uniwersalną historię"? Czy on też będzie rozumiał? Mam wątpliwości. Z drugiej strony, w anglojęzycznym Internecie nie brak głosów w stylu "fakt, że to film o jakimś nieznanym nikomu malarzu w niczym nie przeszkadza".

Jedyne zarzuty (poza kreacją Ogrodnika), jakie mam do tego filmu, dotyczą właśnie scenariusza. Wg. mnie historia tragicznych losów rodziny Beksińskich została opisana trochę po łebkach. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że twórców ograniczały ramy czasowe, gdyż film nie może trwać 5 godzin, jednak chęć przedstawienia zbyt wielu epizodów sprawiła, że są one pokazane – moim zdaniem – zbyt skrótowo; niektóre ograniczone wręcz do kilkudziesięciosekundowych, ledwie zarysowanych urywków. Może można było z niektórych wątków zrezygnować – np. z ledwie liźniętego motywu relacji z Piotrem Dmochowskim, która w dodatku odstaje od reszty poruszonych tematów? W zamian można było pogłębić wątek relacji rodziców z synem, przedstawić bliżej jego dość nieudane – a na pewno mające wpływ na finał historii – życie uczuciowe, czy wreszcie rozwinąć końcowy epizod filmu…

Każdemu, kto nie jest jednak wyznawcą kultu Tomka Beksińskiego, gorąco polecam "Ostatnią rodzinę". Na mnie film zrobił olbrzymie wrażenie, tym bardziej, że jest to dzieło reżysera-debiutanta.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Kler (2018) [9.5/10]

plakat Smarzenie w piekle

"Słyszymy nieraz, że to często wyzwala się ta niewłaściwa postawa, czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga"
~arcypedoskup Józef Michalik

***

"Ale mamy i dzieci 10-letnie, trochę starsze i znam przypadki, gdzie ich życie intymne potrzebowało wcześniejszego zaspokojenia. Same dzieci wchodziły do łóżek dorosłych, chcąc być spełnionym. I to był wybór dziecka. [...] w pojedynczych przypadkach świadomość niektórych dzieci może być bardzo dorosła, dojrzała. Są to niewątpliwie wyjątki, niemniej jednak one są. Trzeba wiedzieć, że reguły są regułami, natomiast odstępstwa w jedną, jak i w drugą stronę istnieją. Postawienie takiej tezy, że czasami dzieci prowokują do czegoś, nie jest też tak do końca bezpodstawne."
~ks. ped. Ireneusz Bochyński

***

Radni PiS i klubu "Przyjazny Kraków" pod naciskiem zakonu Dominikanów zmienili zapisy planu, który miał chronić przed intensywną zabudową jeden z korytarzy przewietrzania miasta. Teren, o którym mowa należy do duchownych. Teraz będzie mógł tam powstać kompleks biurowy wysoki na 55 metrów. Za zmianami korzystnymi dla zakonników Rada Miasta zagłosowała praktycznie jednogłośnie.

***

"Jeśli jednak, na odwrót, rozpoczniecie od oświecania Księży, dacie im /tym samym/ więcej środków, by zniewalali Lud i trzymali go w jeszcze silniejszym uzależnieniu, bowiem każde wydzielone ciało w Narodzie będzie mieć zawsze swój własny interes, przeciwny do interesu Państwa, bądź będzie występować przeciwko działaniom rządu, bądź będą miały miejsce potajemne bunty i konspiracje, w które niestety obfituje historia. Nie można mieć nadziei, że zmieni się ich zachowanie, gdyż w ich podstawowym interesie leży mamienie ludu kłamstwami, strachem przed piekłem, dziwacznymi dogmatami oraz abstrakcyjnymi i niezrozumiałymi ideami teologicznymi. Księża będą zawsze wykorzystywać ignorancję i przesądy Ludu, posługiwać się (proszę w to nie wątpić) religią jako maską przykrywającą ich hipokryzję i niecne uczynki. Ale w końcu jaki jest tego rezultat: lud nie wierzy już w nic, jak np. we Francji, gdzie chłopi nie znają ani obyczajności, ani religii; są bardzo ciemni, chytrzy i niegodziwi.

Widzieliśmy Rządy Despotyczne, które posługiwały się zasłoną religii w przekonaniu, że to będzie najmocniejsza podpora ich władzy, wyposażano więc Księży w największe możliwe bogactwa kosztem nędzy ludu, nadawano im najbardziej oburzające przywileje aż po miejsce u Tronu, jednym słowem, tak mnożono względy, dobra i bogactwa Duchownych, że połowa Narodu cierpiała i jęczała z biedy, podczas gdy oni, nie robiąc nic, opływali we wszelkie dostatki.

Teraz, kiedy znane są zgubne skutki tego błędu, wydaje mi się, że nie ma lepszego sposobu niż pozwolić im upaść i upodlić się, a na koszt Rządu utworzyć szkoły dla Chłopów, w których będą oni mogli uczyć się moralności, rolnictwa, rzemiosła i kunsztu.

Mówię do filozofa, do zręcznego polityka: Rząd jako taki nie powinien mieć innej religii niż religia natury. Ten bezmierny glob wypełniony nieskończonymi gwiazdami i nasze serca, które bezwiednie zawsze zwracają się /ku niej/ w rozpaczy, świadczą oczywiście o istnieniu Istoty Najwyższej, której nie rozumiemy, ale ją w duchu czujemy i którą wszyscy powinniśmy adorować. Pozostawmy więc wszystkim sektom, wszystkim religiom swobodę praktykowania ich kultu, byleby były one posłuszne prawom ustanowionym przez Naród.
"
~Tadeusz Kościuszko

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Unicórnio / Unicorn (2017) [8/10]

plakat Tak to się robi, panie Malick

Niesamowita poetycka impresja, czarująca nieziemskimi zdjęciami, muzyką i klimatem. Takie filmy kręciłby Terrence Malick, gdyby nie był grafomanem.

Uwaga, film jest ciężki w odbiorze i nie spodoba się raczej komuś, kto nie trawi kina "festiwalowego". Jednak jeśli ktoś lubi lub chce spróbować czegoś nowego, nietypowego, to gorąco polecam ten obraz. Mnie się w ogóle nie dłużył, chociaż trwa 2 godziny. W odróżnieniu od 90% eksperymentalnego śmiecia straszącego z ekranów po festiwalach filmowych, ten eksperyment jest naprawdę udany. Jak widać - wystarczy mieć talent.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Portret o zmierzchu / Portret w sumerkach (2011) [8/10]

plakat I jeszcze jeden i jeszcze raz

Sowieckie piekło po raz kolejny. Przerażający portret piekła na Ziemi, widziany oczami rosyjskich, a jakże, twórców. Nasze polskie po-komuchy nazywają twórców rozliczających się z mrocznymi stronami naszej rzeczywistości ubekami, różową hołotą, Żydami lub folksdojczami, o czym można się przekonać, zaglądając na profile Wojciecha Smarzowskiego lub Pawła Pawlikowskiego na portalach filmowych. Nie wątpię więc, że również reżyserka "Portretu..." Angelina Nikonowa uchodzi w swojej liżącej stopy Putasowi ojczyźnie za wroga ludu.

Osobiście bardzo się cieszę, że jest tylu rosyjskich artystów mających odwagę kręcić kolejne filmy w nurcie "kina sowieckiego upadku", którego głównym kapłanem był oczywiście nieodżałowany, przedwcześnie zmarły Aleksiej Bałabanow. A może po prostu inaczej się nie da, jeśli jest się inteligentnym i wrażliwym człowiekiem i mieszka się w Mordorze. A czemu się cieszę? Po pierwsze, prawie zawsze te filmy są co najmniej dobre, a często wręcz genialne, ale mam jeszcze drugi, egoistyczny, powód. Obrazy te są oczywiście potwornie depresyjne, przygnębiające. Mnie jednak, paradoksalnie, poprawiają humor - dobrze jest czasem na zasadzie kontrastu poczuć, że samemu żyje się w naprawdę fajnym kraju.

Ale wystarczy już tych ogólnych rozważań o kinematografii ojczyzny orków i nazguli. Przejdźmy do "Portretu o zmierzchu", skoro wiecie już, że z racji wyjątkowego upodobania do sowieckiego kina, mogę być nieobiektywny. Jeśli chodzi o stężenie okropieństw, które serwuje nam debiutująca reżyserka, to jest to jakieś 0.8-0.9 bałabanowa. Reżyser "Ładunku 200" byłby dumny z takiej naśladowczyni. Do pewnego momentu film ogląda się bez zaskoczeń, jako swoiste "the worst of Russia", bardzo smakowicie zresztą pokazane. Po czym następuje przewrotka fabularna, niczym u Bałabanowa, ale - inaczej niż u Bałabanowa - jest ona absurdalna. Jeśli czytaliście inne recenzje lub komentarze na forach, to pewnie już wiecie o co chodzi, bo trzeba przyznać, że ciężko pisać, czemu ma się wobec tego filmu mieszane uczucia, bez wyjawiania tego fabularnego twistu. Ja jednak spróbuję.

Tym twistem nie jest bynajmniej zdarzenie, które spotyka główną bohaterkę, Marinę (znakomita Olga Dychowicznaja), prawie na samym początku filmu, bo nie jest ono zbytnio zaskakujące - w końcu to Rosja. Twistem jest to, jak w wyniku tego zdarzenia Marina zaczyna postępować. W komentarzach i recenzjach ścierają się dwa poglądy - jej zachowanie jest absurdalne i niewiarygodne psychologicznie bądź też całkiem możliwe i uzasadnione. Niezła sprzeczność, prawda? Oczywiście świadczy to o tym, że film jest kontrowersyjny i skłania do przemyśleń, ale trzeba mieć na uwadze, że jeśli rezultatem tych przemyśleń będzie przystąpienie do frakcji "absurdalistów", to możecie mieć ochotę rzucić kapciem w telewizor, a to w dzisiejszych czasach coraz kosztowniejsze urządzenie (telewizor, nie kapeć). Czujcie się więc ostrzeżeni.

Ja, pomimo tego, że zgadzam się z opinią o absurdalności zachowań Mariny, kapciem nie rzuciłem. Po pierwsze, może rzeczywiście wśród 7 miliardów ludzi na świecie znalazłoby się kilka kobiet, które zachowałyby się równie absurdalnie. Również wśród dzieł filmowych nie trzeba daleko szukać, żeby wspomnieć tylko dużo bardziej absurdalną (końcówka!) "Pianistkę", pupilka krytyki Hanekego. A po drugie, jeśli uda nam się odwiesić do szafy niewiarę w krytyczną decyzję Mariny, to już jej dalsze postępowanie, z tej decyzji wynikające, jest rewelacyjnie pokazane. Bezbronna wobec mieszkańców sowieckiego piekła kobieta nagle zamienia się w socjologa, z poświęceniem badającego "życie seksualne dzikich". Znowu nie chcę wchodzić w szczegóły, ale momentami pojawia się tam wręcz tarantinowski klimat podlanej satyrą makabreski. Prawie w pełni wynagrodziło mi to początkowy niesmak i w ostatecznym rozrachunku mimo wszystko oceniam ten film jako bardzo dobry. Oczywiście nie da się wykluczyć, że gdyby aż do końca był to zwykły dramat o ofierze Mordoru, to byłby on dużo bardziej poruszający i - kto wie - może dużo lepszy. Ale scenarzystki (Nikonowa i Dychowicznaja) postanowiły inaczej i trzeba zmierzyć się z tym, co mamy. Moim zdaniem warto.

Na zakończenie muszę jeszcze dać wyraz swojemu zdumieniu, które ogarnęło mnie po przeczytaniu niektórych recenzji (również recenzji redakcyjnej na pewnym dużym polskim portalu filmowym). Niektórzy recenzenci odsądzają ten film od czci i wiary wyłącznie z powodu tego braku psychologicznego prawdopodobieństwa. Przepraszam? Krytyk filmowy, który stawia taki zarzut? W świecie, w którym co drugi film autorski, brylujący na festiwalach, ma za bohaterów jakieś wydumane konstrukty, których zachowanie nie ma nic wspólnego z ludzkim? Wyżej przywołałem już tragiczną, według mnie, "Pianistkę", ale taką listę można by ciągnąć przez kilka ekranów. Chociażby idiotyczna "Dzika" (7/10 od recenzenta na owym dużym portalu), w której kobieta porywa sobie z lasu wilka i postanawia założyć z nim podstawową komórkę społeczną (ludzie na forum dopatrują się w tym satyry, nie mogąc wręcz uwierzyć, że to zostało nakręcone na poważnie - a zostało). Albo obsypane deszczem nagród "Przełamując fale", gdzie główna bohaterka wmawia sobie, że jej chory mąż wyzdrowieje, jeśli będzie się oddawać robotnikom za pieniądze. Ludzie, którzy nie widzą w powyżej opisanych zachowaniach niczego dziwnego, nie powinni mieć żadnych zastrzeżeń do fabuły "Portretu o zmierzchu".

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Barwy ochronne (1976) [8/10]

plakat Stary cynik kontra młody idealista

Na letnim obozie studenckim młodziutki, pełen ideałów, pracownik naukowy przechodzi przyśpieszony kurs życia, pod kierunkiem makiawelicznego docenta.

Zanudzi ogrywa swój chyba ulubiony, poza Bogiem, temat - starcia cynizmu z idealizmem. Ale tym razem (co nie zawsze mu wychodzi, zwłaszcza w późniejszych latach) zrealizowane jest to mistrzowsko. Starcie dwóch osobowości, koncertowo zagranych przez Piotra Garlickiego i (zwłaszcza!) Zbigniewa Zapasiewicza ogląda się z zapartym tchem, chłonąc rewelacyjne dialogi. Niektórzy twierdzą, że siłą tego filmu jest wyłącznie życiowa rola Zapasiewicza, ale moim zdaniem to niesprawiedliwa ocena tego znakomitego filmu. Nawet gorzej zagrany, to byłby nadal bardzo dobry, skłaniający do przemyśleń dramat psychologiczny. Zgrzyta w tym wszystkim jedynie dziwaczny i przerysowany wątek porytego studenta z Torunia, granego w przeszarżowany sposób przez Eugeniusza Priwieziencewa. Natomiast grę Zapasiewicza oceniam mimo wszystko "tylko" na 9.5, gdyż momentami wkrada się tam fałszywa teatralna nuta, co razi tym bardziej, że reszta roli jest wyczesana w kosmos.

Zanudzi do tematu powrócił ćwierć wieku później w filmie "Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową"; do tego stopnia, że Zapasiewicz powtarza tam praktycznie tę samą rolę starego (teraz już dużo starszego) cynika. Wyszło to duuuużo gorzej niż w "Barwach ochronnych", co tym bardziej pozwala docenić ten drugi - starszy - obraz.

Film można obejrzeć legalnie i za darmo na Jutubie.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Zabić Jesusa / Matar a Jesús (2017) [8/10]

plakat Zbrodnia i zemsta

Znakomity dramat (leciutko podlany thrillerem) o zbrodni i zemście. Może nie jest specjalnie odkrywczy, ale bardzo realistyczny, przekonująco zagrany i świetnie zrealizowany. Dodatkowo na plus - ukazanie życia w kolumbijskim piekle, gdzie policja rejestruje codziennie od 5 do 10 nowych morderstw.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Krieg (2017) [7/10]

plakat Wojna i pokój

Dramat o tym, że w sytuacji zagrożenia nawet owieczka będzie gotowa przegryźć wilkowi gardło.

Nie jest to bardzo oryginalne danie, ale bardzo smacznie doprawione. Piękne zdjęcia ośnieżonych Alp, świetna muzyka i solidna gra aktorska wynagradzają obcowanie z mało odkrywczym, choć niegłupim, scenariuszem. Niepokojący klimat niesprecyzowanego zagrożenia sprawia, że nie nudzimy się ani przez chwilę pomimo niejakiej szablonowości historii. Warto obejrzeć.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Świadectwo / Ha Edut (2017) [9/10]

plakat Prawda czy spokój?

Rewelacyjny dramat o tym, że grzebiąc zbyt mocno w pamięci można się boleśnie podrapać. Gorąco polecam. Więcej w świetnej recenzji redaktora Pietrzyka z Filmzjebu.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Ostatnie metro / Le dernier métro (1980) [6/10]

plakat Théâtre Paradiso, czyli słuchajcie uważnie bo nie będę powtarzać

Film nakręcony z miłości do teatru. Przynajmniej taką mam nadzieję. Bo to by mogło tłumaczyć momentami nieznośną na ekranie teatralność gry aktorskiej i mizerię inscenizacyjną scen dziejących się na ulicach, które aż krzyczą "byłyśmy kręcone w studiu". Nie chce mi się wierzyć, żeby w przypadku tak utytułowanego reżysera, jakim jest François Truffaut, było to efektem nieporadności realizacyjnej, a nie świadomego zamysłu. Tak czy siak nie ogląda się tego dobrze – film rządzi się swoimi prawami, a teatr swoimi i chociaż zdarzają się świetne filmy "teatralne" to "Ostatnie metro" do nich nie należy. Przy czym nie bez powodu piszę o tym we wstępie – ten film daje niestety poważniejsze powody, aby uznać go za nie do końca udany.

Zacznijmy od mocnych stron – wszystkie wątki związane z kulisami pracy teatru i przygotowaniami do wystawienia sztuki są bardzo dobre i ewidentnie reżyser włożył w ich nakręcenie najwięcej serca. Nie jest to może "Birdman", ale ogląda się to nieźle i bez znużenia. Historia ta przeplata się jednak z drugą, gdyż film dzieje się podczas II wojny światowej w okupowanym Paryżu. Dyrektor teatru jest Żydem, musi się więc ukrywać w tegoż teatru piwnicy, reżyserując za pomocą notatek spisywanych podczas prób, którym przysłuchuje się przez kanał wentylacyjny (co samo w sobie jest całkiem interesująco pokazane). Z kolei bohater grany przez Gérarda Depardieu potajemnie jest członkiem Ruchu Oporu. Niestety ta część filmu została przez Truffaut potraktowana ewidentnie po macoszemu - jest niemrawa, letnia i nijak nie oddaje grozy niemieckiej okupacji (nawet biorąc poprawkę na to, że okupacja we Francji na pewno wyglądała inaczej niż okupacja w Polsce). Zwłaszcza jednak z polskiej perspektywy, dla kogoś, kto wychował się chociażby na "Polskich drogach", przedstawiona w tym filmie groza życia pod niemieckim butem niewiele odbiega od tej przedstawionej w serialu "'Allo 'allo". Cały czas czekałem, aż do piwnicy, w której ukrywa się nasz biedny dyrektor wpadnie fałszerz Leclerc (To ja, Leclerc!) aby przygotować dyrektorowi lewe papiery francuskiego sprzedawcy cebuli.

Absolutnie żenująca jest również końcówka, która wygląda, jakby reżyserowi skończył się budżet lub znudziło mu się kręcenie własnego filmu. Resztę dopowiada więc spoza kadru, ilustrując streszczenie kilkoma ujęciami z dalszymi losami bohaterów. Po prostu nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Cztery lata później Truffaut zmarł na guza mózgu – może to już były pierwsze symptomy? Oczywiście, jest to rozwiązanie, które spotyka się w innych filmach (świetnie wyszło chociażby w "Boogie Nights" Andersona). Jednak tutaj zrobiono to wyjątkowo nieporadnie, a fabuła została ewidentnie urwana wpół słowa i wpół wątku miłosnego.

Ano właśnie – wątek miłosny. Przecież nic o tym jeszcze nie wspomniałem. Bo i nie ma za bardzo o czym. Film jest rzekomo melodramatem - rzekomo, bo o tym, że pomiędzy głównymi bohaterami rozkwita skrywane uczucie, dowiadujemy się bardzo późno, z żenującego dialogu, w którym Deneuve i Depardieu opowiadają nam, co czuli do siebie, a czego nijak nie zdołał (nie chciał?) widzom pokazać reżyser. Można się oczywiście domyślać, że są sobą zafascynowani, ale z tej skrywanej fascynacji do pewnego momentu nie wynika nic, a potem wynika aż nazbyt wiele.

Podsumowując, pomimo swoich wad jest to niezły film i nie żałuję, że go obejrzałem. Trzeba tylko mieć świadomość, że siadamy do oglądania filmu obyczajowego o teatrze, a nie kipiącego od emocji wojennego (okupacyjnego) melodramatu.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Ślub / Noces (2016) [3/10]

plakat Człowiek może opuścić Pakistan, ale Pakistan nie opuści człowieka

Film "Ślub" to muzułmańska parodia "Brave" (czyli "Meridy Walecznej", jak chciał polski dystrybutor). W roli szalonego niedźwiedzia występują obyczaje ludzi pierwotnych.

Merida... eeee.... to znaczy Zahira (Lina El Arabi) kończy 18 lat. Najwyższa więc pora na zamążpójście. Postępowi rodzice przedstawiają niepokornej dziewczynie aż trzech kandydatów i pozwalają jej samej dokonać wyboru (tfu... co za lewactwo). Nadchodzi dzień turnieju łuczniczego - ojoj, chyba znów pomyliłem filmy...

Dlaczego robię sobie jaja z pogrzebu? Bo nie jestem w stanie traktować poważnie filmu, którego twórca każe biednej bohaterce, próbującej wyrwać się z objęć Trzeciego Świata, wygłaszać teksty w stylu "Nie mogę go usunąć - przecież to muzułmanin", "Nie usunęłam go w środę a teraz ono ma już duszę" oraz modlić się grzecznie do Allaha, przekonując jednocześnie siostrę, że należy się buntować przeciwko ubezwłasnowolnieniu kobiet. Szkoda, że zamiast bezmyślnie bić czołem o dywanik, nie poczytała kiedyś Koranu. Mogłaby się trochę zdziwić. No przepraszam bardzo – albo chcemy być wyzwolone, albo wyznajemy barbarzyńskich bogów. Nie da się zjeść ciastka i mieć ciastka.

Szkoda, że ten prosty fakt ciągle umyka zachodnioeuropejskim pożytecznym idiotom, którym wydaje się, że problemem nachodźców z Trzeciego Świata są bieda, brak edukacji i ekstremiści. Tymczasem ich problemem jest przekazywana z pokolenia na pokolenie mentalność rodem z epoki kamienia łupanego oraz barbarzyńskie obyczaje, dla których paliwem jest równie barbarzyńska religia. Ekstremizm to tylko bękart tego zakazanego związku.

Może niesprawiedliwie odczytuję intencje reżysera tego filmu, ale jeśli tak, to moim zdaniem nie udało mu się przekonująco przedstawić tego, co w tej historii jest naprawdę przerażające. Oczywiście – jednostkowa tragedia jakiejś nastolatki jest tragedią, ale co naprawdę powinno mrozić krew w żyłach widzów, to pokazana mimochodem implementacja Trzeciego Świata w Europie. Sceny, w których żyjący sobie w cywilizowanym kraju jak pączek w maśle Pakistańczyk wykrzykuje do bezradnego Europejczyka teksty w stylu "Mam w dupie wasze kobiety. Pakistańczyk żeni się z Pakistanką". A przecież odpowiedź sama się nasuwa: "Mam w dupie wasze barbarzyńskie obyczaje. Jak się cywilizacja nie podoba, to wyallahuj z powrotem do Pakistanu. Tylko ciekawe kto będzie leczył twoją chorobę serca. Ale może twój bóg ci pomoże".

Podobnie nakręcony film o holokauście przedstawiałby rozterki sympatycznego i przystojnego gestapowca wahającego się, czy powinien zabijać wszystkich Żydów, czy też dzieci powinno się oszczędzać i oddawać do adopcji Aryjczykom. W tle niby byłaby Zagłada, ale coś by jednak lekko zgrzytało, czyż nie?

W filmie występuje postać europejskiej przyjaciółki, Aurore (Alice de Lencquesaing), oraz jej ojca André (Olivier Gourmet) – i ci bohaterowie mogliby służyć jako kontrapunkt dla chorego światopoglądu nie tylko pakistańskich rodziców, ale i samej Zahiry. Jest to jednak zupełnie nie wygrane i jedyne co otrzymujemy to pojedynczy opad szczęki Aurore na wieść o tym, że embrionowi wyrosła dusza oraz milcząca rezygnacja André słuchającego plemiennego bełkotu tatusia Zahiry (Babak Karimi) wykładającego wyższość obyczajów pakistańskich nad europejskimi.

Podsumowując – jeśli reżyser próbował pokazać, że prawdziwym problemem jest barbarzyńska mentalność muzułmańskich imigrantów, to mu się nie udało. A jeśli nie widzi nic złego w przeszczepianiu barbarzyństwa na europejski grunt i problemem jest dla niego tylko to, że niektórzy rodzice są troszkę za bardzo konserwatywni - to tym gorzej dla pana reżysera. Znamienne w tym wszystkim jest to, że film ten nakręcił rodowity Belg a nie Pakistańczyk. Mam wrażenie, że jednak europejscy muzułmanie często mają bardziej trzeźwe spojrzenie i większy wgląd w sytuację i problemy społeczności imigrantów (oraz z imigrantami) niż lewicowi pożyteczni idioci, którzy z tolerancyjnymi klapkami na oczach zaklinają rzeczywistość ("wystarczy, że przestaną zakopywać nieposłuszne córki w ogródku i wszyscy będziemy żyć długo i szczęśliwie"). A jeśli ktoś chciałby obejrzeć dla odmiany dobry film na ten sam temat (do tego stopnia ten sam, że "Ślub" wydaje się solidnie inspirowany, żeby nie użyć innego słowa), to polecam turecki film "Obca". Tam dramat głównej bohaterki przedstawiony jest w dużo bardziej poruszający sposób i nie sprawia wrażenia niezamierzonej parodii.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Pin Cushion (2017) [8.5/10]

plakat Syreny 2, czyli co gryzie Carrie Grape

W tym oryginalnym filmie współczesna Pippi Langstrumpf (Lily Newmark) boryka się z problemami wieku dorastania. Dawno nie byłem angielską nastolatką, więc trochę ciężko mi stwierdzić, gdzie kończy się fantazja a zaczyna rzeczywistość. Wszystko wydaje się tak przerysowane, że ogląda się to jak film science fiction o mieszkańcach obcej planety, ale z drugiej strony kompozycja i tematyka wskazują na dramat obyczajowy. Ale w końcu baśnie Andersena też potrafiły być nieźle przygnębiające i całkiem poważne. Dlaczego więc nie miałaby powstać współczesna baśń na serio? W sumie - bardzo dziwne dziełko. Dziwna jest nawet gra aktorska - genialne kreacje głównych bohaterek i farsowo przeszarżowane postaci drugoplanowe. Gdyby tak grali wszyscy, pomyślałbym, że po prostu reżyserka nie potrafi prowadzić aktorów. Ale w tej sytuacji? Czemu ma służyć taki absurdalny zabieg (zakładając, że jest on celowy)?

Pomimo specyficznej formy, film robi wrażenie, gdyż tacy biedni ludzie naprawdę istnieją. Nawet jeśli nie spotykają ich aż tak absurdalne perypetie, jak ukazane w tym obrazie, to ich cierpienie jest takie samo, jeśli nie większe. Bardzo mocny jest zwłaszcza wątek zaburzonej matki (niesamowita Joanna Scanlan), a sceny takie jak kupno karmy dla wyimaginowanego kota, są autentycznie poruszające. Jednak gdyby nie owa karykaturalna forma, pasująca bardziej do gównianych komedii z Jimem Carreyem, całość mogłaby robić dużo większe wrażenie. Ode mnie mimo wszystko ocena 8.5/10.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Bez Boga / Bezbog (2016) [3/10]

plakat Sztuka filmowania niczego

Nagrodzony w Locarno dramat obyczajowy. Festiwal w Locarno to chyba najbardziej "arthousowy" z wielkich festiwali, odpowiednik polskich Nowych Horyzontów. Właściwie sam jestem więc sobie winien, że nie uciekłem z krzykiem. Ten film to typowa dla tego festiwalu niestrawna autystyczna piła.

Sama tematyka wydaje się interesująca - ukazanie skorumpowanego, postkomunistycznego państwa w stanie moralnego upadku i społecznego uwiądu. Wszystko tu jest brzydkie i beznadziejne - począwszy od budynków, a skończywszy na ludziach je zamieszkujących. To oczywiście nie jest żaden zarzut - od tej strony film przypomina twórczość nieodżałowanego Aleksieja Bałabanowa, ze sztandarowym "Ładunkiem 200" na czele. Za tę ważną tematykę dodałem filmowi dwie gwiazdki, gdyż inaczej byłoby 1/10. Jednak tam, gdzie geniusz Bałabanow przekuł refleksję nad upadłym światem bez Boga, zasiedlonym przez upadłych ludzi, w chwytający za gardło thriller, grafomanka Petrowa kryminalno-obyczajową intrygę, która teoretycznie stanowi szkielet jej filmu, zamienia w studium kamienno-tępej twarzy głównej bohaterki.

Można i tak. Jak twierdzi reżyserka, w swoich filmach stara się "budować jak największe napięcie poprzez ograniczenie się do pokazania samej istoty rzeczy, jak w poezji haiku. Dzięki temu widz może przeżyć prawdziwie głębokie doświadczenie". Niestety, tym czego ja głęboko doświadczyłem na jej filmie, była potworna nuda. Ten film to nie jest haiku, tylko bazgroł na marginesie powstały podczas rozpisywania długopisu. Oczywiście mam świadomość, że takie kino ma swoich gorących zwolenników (dzień dobry, panie Gutek) - w końcu i ten obraz został obsypany nagrodami. Nikomu nie odmawiam prawa do podziwiania na ekranie niczego. Mam nadzieję, że mnie nikt nie odmówi prawa do mówienia wprost, że dla mnie takie filmy są bezwartościowe.

Czarę goryczy przelała prymitywna metafora Góry Bez Boga. Tu już naprawdę ręce opadają i człowiek zaczyna się zastanawiać o co chodzi twórcy takich filmów. Bo z jednej strony cała historia opowiedziana jest niedomówieniami, półsłówkami, można powiedzieć "obok", niczym na słynnym obrazie "Pejzaż z upadkiem Ikara" Pietera Bruegla. Jest to zrobione - moim zdaniem - w nieudolny sposób, ale OK, taka była koncepcja, rozumiem; czy jej realizacja się udała czy nie, to już jest odrębna kwestia. Ale po tym wszystkim, po tym półtoragodzinnym "nieopowiadaniu", mamy nagle wygarnięty prosto z mostu morał oraz absurdalne zakończenie, które... co ma właściwie pokazywać? Karmę? Boską sprawiedliwość? Naprawdę, pani Reżyserko?

No i na zakończenie gra aktorska. Nagrody za główną rolę pielęgniarki Gany dla Ireny Iwanowej to chyba jakiś ponury żart. No chyba, że chodzi o docenienie umiejętności utrzymania tego samego tępego wyrazu twarzy przez prawie dwie godziny.

Podsumowując, miłośnikom kina "nowohoryzontalnego" mogę ten obraz z czystym sumieniem polecić. Wszystkim innym - szczerze odradzam.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Philadelphia (1993) [1/10]

plakat Emocjonalna pornografia

Co jakiś czas ktoś się bulwersuje: "Co?! Jak to tak?! Jak to jedynka dla takiego wspaniałego filmu?!". Wyjaśniam więc.

W skrócie. Nie cierpię:

1. taniego sentymentalizmu;
2. szantażu emocjonalnego i moralnego;
3. egzaltacji;
4. klasycznego śpiewu operowego / opery klasycznej.

W tym filmie te cztery elementy zostały wymieszane w dużej ilości w niestrawną papkę i solidnie podsypane drożdżami aż spuchły tak bardzo, że to wszystko eksplodowało mi w twarz niczym grubas z "The Meaning of Life".

"Philadelphia" mogłaby śmiało stanąć na jednej półce z socrealistycznymi produkcyjniakami, bo tyle samo w niej artyzmu.

PS.
Z tą operą to oczywiście tylko szczegół, podobnie jak opłatek z "Sensu życia":


[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Olbrzym / Jätten (2016) [6/10]

plakat I cóż, że ze Szwecji

Interesujący dramat obyczajowy, troszeczkę w stylu "Dróżnika", ale dużo cięższy w oglądaniu, zarówno z powodu przygnębiającej atmosfery jak i arthousowo chropowatej narracji. Nie każdemu przypadnie też do gustu doprawienie całości szczyptą realizmu magicznego czy też wyświechtana do cna formuła dramatu sportowego. Co na pewno można zaliczyć na plus to znakomitą muzykę. Również gra aktorska robi wrażenie, biorąc pod uwagę, że dużą część obsady stanowią niepełnosprawni intelektualnie.

Miłośnikom kina skandynawskiego można chyba z czystym sumieniem polecić, za to jeśli ciemno-zimno-depresyjne klimaty to nie twoja bajka, możesz sobie odpuścić.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Oso polar / Polar Bear (2017) [8/10]

plakat Bardzo dobry dramat

Mężczyzna zabiera swoim samochodem dwójkę byłych szkolnych kolegów na doroczne spotkanie klasowe. Podczas podróży przypominają sobie wydarzenia z przeszłości, o których niekoniecznie chcieli pamiętać.

Bardzo dobry dramat o ułomnej pamięci, zemście i przebaczeniu. Polecam.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Zniknięcie / Napadid shodan (2017) [6/10]

plakat Irańskie "Bonnie and Clyde"

Irańskie "Bonnie and Clyde". Dwoje młodych przestępców próbuje uniknąć konsekwencji popełnionej zbrodni. A zbrodnią tą jest seks przedmałżeński.

Para nastoletnich bohaterów błąka się więc w środku nocy po Teheranie, odwiedzając szpital za szpitalem i próbując uzyskać dla dziewczyny pomoc lekarską bez konieczności przyprowadzania męskiego opiekuna panienki, czyli tatusia - pałającego zapewne w takiej sytuacji żądzą mordu za "zhańbienie rodu".

Film jest przyzwoicie zrealizowany, nie jest arthousową piłą i w sumie ogląda się go nieźle. Mnie jednak trochę przeszkadzała absurdalność problemu, który stanowi oś filmu. To znaczy nie zrozumcie mnie źle - islamska ciemnota jest poważnym problemem i to dla całego świata, nie tylko dla biednych irańskich nastolatków. Ale nie podoba mi się rozłożenie akcentów przez twórców tego obrazu. Film jest bowiem nakręcony tak, jakby problem głównych bohaterów nie był absurdalnym rezultatem religijnej patologii, ale jakbyśmy naprawdę oglądali perypetie dwojga przestępców - w Polsce tak nakręcony film mógłby opowiadać o nastolatkach, którzy potrącili kogoś po pijaku samochodem. Bardzo możliwe, że tylko takie rozłożenie akcentów pozwoliło na prześliźnięcie się przez "moherową" cenzurę, ale ja oceniam to co zobaczyłem, a nie to, co być może twórcy chcieliby powiedzieć, gdyby mogli. Gdy pokazuje mi się z pełną powagą kraj, gdzie lepiej być zgwałconą niż kochać się ze swoim chłopakiem, to oczekuję jednak, żeby przekaz płynący z ekranu mówił mi "pssssttt... wiesz, to chore". Tu tego niestety nie dostrzegłem.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Moja Angelika (1999) [4/10]

plakat Jakoś mnie nie porwał

Pomimo poważnej tematyki, film ten pozostawił mnie obojętnym. I to nie tak, że jestem zimnym draniem pozbawionym empatii. Coś tu niestety nie zagrało jak należy - może nie starczyło talentu lub wprawy debiutującemu reżyserowi/scenarzyście? Nie bardzo jestem niestety w stanie wskazać jakieś konkretne zarzuty poza ogólnym wrażeniem, że film nie zrobił na mnie wrażenia. Przy czym mówię tu o wątku prostytucyjno-miłosnym, w założeniu z pewnością mającym mieć największy ciężar gatunkowy. Bo niestety wątek sensacyjno-pościgowy już wrażenie wywarł i tu mogę z czystym sumieniem wskazać, dlaczego jest on nieudany. Twórcom nie udało się w przekonujący sposób pokazać ani ucieczki ani pościgu - mamy wyłącznie chaos bezładnego szwendania się po krzakach i "zwiedzania" opuszczonych ruder. Brak tu jakiejkolwiek dramaturgii ani logicznego ciągu wydarzeń, który można by w napięciu śledzić. Muszę tu przytoczyć wymianę zdań w jakiej uczestniczyłem podczas oglądania tego filmu, bo ona świetnie oddaje wrażenie, jakie na widzu wywiera ten wątek:

- Gdzie oni teraz są???
- W następnej scenie.


Jeśli poczyta się komentarze na portalach filmowych, to sporo osób chwali muzykę Grzegorza Ciechowskiego, jednak mnie ona również nie przekonała - kilka powtarzających się motywów muzycznych zbytnio się narzuca i szybko zaczynają one męczyć - zwłaszcza dynamiczna melodia podkładana podczas scen akcji jest bardzo denerwująca.

Co na plus? Gra aktorska jest przyzwoita. Poruszony został ważny temat. W sumie całkiem zręcznie został rozegrany wątek rozterek narzeczonego. No i film w sumie daje się oglądać bez bólu, co wcale nie jest regułą w polskim kinie, zwłaszcza tym z lat 90-tych. W wolnej chwili można więc obejrzeć, tym bardziej, że jest dostępny za darmo i legalnie na Jutubie.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Bez daty, bez podpisu / Bedoone Tarikh, Bedoone Emza (2017) [8/10]

plakat Przyzwoity człowiek ma trudniej

Solidny dramat o byciu zżeranym przez poczucie winy. Dupkom jest w życiu łatwiej - nie mają takich problemów.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

W cieniu drzewa / Undir trénu (2017) [9.5/10]

plakat Wojna domowa

Doskonały film - świetnie zagrany, z bardzo dobrym scenariuszem i przekonującymi bohaterami. Nabierający tempa konflikt między sąsiadami przypominał mi trochę fabułę "The War of Roses", co ani trochę nie umniejsza jednak wartości tego obrazu. Niektórym pewnie nie spodoba się zakończenie (mnie się akurat podobało), ale na pewno nie na tyle, żeby ktoś stwierdził, że nie warto było oglądać. Ja gorąco polecam.

A swoją drogą, co jest takiego w tej Islandii, że kręcą tam tyle świetnych filmów? Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widział islandzki film, który nie byłby co najmniej dobry. Pył wulkaniczny tak na nich działa, czy co?

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]