Showing posts with label obyczajowy. Show all posts
Showing posts with label obyczajowy. Show all posts

Ostatnia rodzina (2016) [8/10]

plakat Dysfunkcyjna rodzina

Mało było chyba w ostatnich latach filmów tak kontrowersyjnych jak "Ostatnia rodzina". I to – niespodzianka! – z powodów innych niż zwykle. Nie chodzi o krytykę religii, nadmiar wyuzdanego seksu, brutalność czy politykę, a o to, że pewien człowiek został pokazany jako większy wariat niż w rzeczywistości. Problem w tym, że człowiekiem tym był Tomasz Beksiński, znakomity tłumacz, dziennikarz muzyczny, ale przede wszystkim prezenter radiowy, który swoją osobowością zaczarował kilka pokoleń radiosłuchaczy. Nocne audycje Tomka miały charakter niemalże parareligijnych misteriów, a rzesze fanów są zafascynowane jego postacią nawet 20 lat po jego śmierci.

Z pozoru, dla osób postronnych, Tomasz Beksiński był brylującym na salonach wśród rzeszy wyznawców elokwentnym czarusiem, człowiekiem sukcesu. Jednak w duszy, dla jego bliskich oraz osób, które zadały sobie trud, aby wczytać się w jego felietony lub posłuchać ze zrozumieniem jego audycji, Tomek był głęboko zaburzonym, egoistycznym, neurotycznym i nieszczęśliwym człowiekiem z głęboką depresją (a niektórzy twierdzą, że wręcz chorobą afektywno-dwubiegunową). Skąd więc te kontrowersje? Otóż stąd, że ojciec Tomka, sławny malarz Zdzisław Beksiński, kompulsywnie filmował życie rodzinne kamerą VHS i sporo takich nagrań jest dostępnych do obejrzenia w Internecie. Tymczasem kreacja grającego Tomasza Dawida Ogrodnika drastycznie odbiega od tego, co możemy w każdej chwili zobaczyć na oryginalnych nagraniach. Dziwaczne zachowania Tomasza, jego tiki, wybuchy gniewu są tutaj karykaturalnie przerysowane. I tego fani dziennikarza nie mogą zrozumieć ani wybaczyć.

Muszę przyznać, że w dużej mierze rozumiem ich rozgoryczenie, gdyż przerysowanie zachowań Tomasza jest uderzające i również nie pojmuję tej decyzji artystycznej. Uważam ją za błędną i nie przekonuje mnie tłumaczenie w stylu "chcieliśmy, żeby to była uniwersalna historia a nie dosłowne odegranie dziejów rodziny Beksińskich". Jeśli tak, to przecież nikt nie bronił twórcom nakręcić filmu fabularnego o dysfunkcyjnej rodzinie Kowalskich z głęboko zaburzonym synem na pograniczu autyzmu. Ale jeśli kręcimy film o Beksińskich, ma to niby być film biograficzny, z wielką dbałością odtwarzamy każdy szczegół wnętrza peerelowskiego mieszkania, aktorom każemy dokładnie odgrywać uwiecznione na kasetach VHS sceny – i tylko jeden Dawid Ogrodnik w tym niemal dokumentalnym obrazie odtwarza jakąś niepojętą karykaturę swojej postaci, to ja tego nie rozumiem i nie kupuję.

Proszę mnie jednak nie zrozumieć źle – kreacja Ogrodnika jest sama w sobie znakomita i gdyby on grał autystycznego Adama Kowalskiego, nikt nie powiedziałby o niej złego słowa. No ale to miał być Beksiński... A nie jest. Z tyłu głowy pojawia się zresztą nieprzyjemna myśl, że może rzeczywiście plan zakładał nakręcenie uniwersalnej historii, a Beksińscy pojawili się w tej układance tylko po to, żeby za pomocą sławnych bohaterów lepiej sprzedać swój film… Jeśli taka właśnie była motywacja twórców, to bardzo nieładnie z ich strony.

Pomimo tych zarzutów, w mojej ocenie film się broni. Jestem w stanie przejść do porządku dziennego nad tą absurdalną niespójnością, a prawie każdy inny element tego obrazu jest znakomity. Wspaniała gra aktorska Andrzeja Seweryna, który – zupełnie inaczej niż Ogrodnik – praktycznie staje się Zdzisławem Beksińskim czy przejmująca kreacja Aleksandry Koniecznej jako Zofii Beksińskiej zachwycają. Podobnie wielkie wrażenie robi scenografia i pietyzm, z jakim udało się oddać realia szaro-burej peerelowskiej egzystencji. Zdjęcia i muzyka (twórcom udało się pozyskać szereg ulubionych przez Tomka przebojów) dopełniają rewelacyjnej całości.

A czy historia rzeczywiście jest uniwersalna? No cóż, ma rację Zdzisław mówiący w pewnym momencie, że "każdy ma jakieś ukryte potrzeby, tylko straszliwie boi się ich ujawnienia", czy to będzie członek PiSu marzący o innym członku czy lewicowa działaczka skrycie gardząca Afrykańczykami. Opowieść o dysfunkcyjnej rodzinie jest nakręcona z maestrią i głęboko poruszająca sama w sobie, bez odwoływania się do biograficznego kontekstu. Chociaż mam wrażenie, że dla osób nieznających w ogóle historii Beksińskich, film ten może być miejscami nieczytelny – zwłaszcza jego ostatni rozdział. Kim są ci ludzie, którzy nagle pojawiają się w domu Beksińskich? O co tu w ogóle chodzi? Ja wiem, ale ktoś, kto siada, żeby obejrzeć "uniwersalną historię"? Czy on też będzie rozumiał? Mam wątpliwości. Z drugiej strony, w anglojęzycznym Internecie nie brak głosów w stylu "fakt, że to film o jakimś nieznanym nikomu malarzu w niczym nie przeszkadza".

Jedyne zarzuty (poza kreacją Ogrodnika), jakie mam do tego filmu, dotyczą właśnie scenariusza. Wg. mnie historia tragicznych losów rodziny Beksińskich została opisana trochę po łebkach. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że twórców ograniczały ramy czasowe, gdyż film nie może trwać 5 godzin, jednak chęć przedstawienia zbyt wielu epizodów sprawiła, że są one pokazane – moim zdaniem – zbyt skrótowo; niektóre ograniczone wręcz do kilkudziesięciosekundowych, ledwie zarysowanych urywków. Może można było z niektórych wątków zrezygnować – np. z ledwie liźniętego motywu relacji z Piotrem Dmochowskim, która w dodatku odstaje od reszty poruszonych tematów? W zamian można było pogłębić wątek relacji rodziców z synem, przedstawić bliżej jego dość nieudane – a na pewno mające wpływ na finał historii – życie uczuciowe, czy wreszcie rozwinąć końcowy epizod filmu…

Każdemu, kto nie jest jednak wyznawcą kultu Tomka Beksińskiego, gorąco polecam "Ostatnią rodzinę". Na mnie film zrobił olbrzymie wrażenie, tym bardziej, że jest to dzieło reżysera-debiutanta.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Walking with the Wind (2017) [8/10]

plakat Proste krzesło

Świat, w którym naprawa zwykłego krzesła może być tematem pełnometrażowego filmu.

"Walking with the Wind" to solidnie podlany dokumentem film obyczajowy o życiu prostych ludzi w wiosce w Himalajach. Fabuła również jest prościutka, ale opowiada konkretną historię - może tylko samo zakończenie mogłoby być trochę lepsze. Ale film wygrywa przede wszystkim niesamowitym klimatem, na który składają się znakomite zdjęcia zapierających dech w piersiach himalajskich krajobrazów oraz prawie dokumentalna rejestracja życia w tej surowej krainie. Ludzie tam żyjący - przynajmniej tak nam to przedstawiają twórcy - pomimo trudów dnia codziennego nie tracą optymizmu a film skutecznie zaraża tym optymizmem widza.

Wygraniem pozornie nudnej prostoty dzięki talentowi reżysera obraz ten przypomina mi, pomimo innej tematyki, "The Straight Story" Davida Lyncha.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Sal (2018) [5/10]

plakat Ocena tylko 5 na 10, bo film uryw

Pustynia w Kolumbii. Pośród nieziemskiego księżycowego krajobrazu mieszkają ludzie, twardzi niczym nieliczne rośliny, które są w stanie przetrwać w takich warunkach. Zjawia się też ten obcy, człowiek znikąd, bez przeszłości, który tylko przejeżdżał, ale wypadek motocyklowy połączył jego los z mieszkańcami pustyni.

Film ogląda się z prawdziwym zainteresowaniem, głównie dzięki niesamowitym krajobrazom i możliwości podglądania surowego pustynnego życia. Oceniłbym go pewnie jakoś na 7/10, gdyby nie to, że fabuła nagle się urywa - niemal w pół słowa, jakby nagle zabrakło taśmy... Ech... Naprawdę szkoda.

Beznadziejne są też pseudopoetyckie wstawki z jakąś kobietą opowiadającą spoza kadru o tym, jak to pustynia związana jest z morzem oraz idiotyczne, szczątkowe retrospekcje z życia nieznajomego, które i tak niczego nie wyjaśniają, a marnują czas, który można było poświęcić na zakończenie właściwej opowie

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Barwy ochronne (1976) [8/10]

plakat Stary cynik kontra młody idealista

Na letnim obozie studenckim młodziutki, pełen ideałów, pracownik naukowy przechodzi przyśpieszony kurs życia, pod kierunkiem makiawelicznego docenta.

Zanudzi ogrywa swój chyba ulubiony, poza Bogiem, temat - starcia cynizmu z idealizmem. Ale tym razem (co nie zawsze mu wychodzi, zwłaszcza w późniejszych latach) zrealizowane jest to mistrzowsko. Starcie dwóch osobowości, koncertowo zagranych przez Piotra Garlickiego i (zwłaszcza!) Zbigniewa Zapasiewicza ogląda się z zapartym tchem, chłonąc rewelacyjne dialogi. Niektórzy twierdzą, że siłą tego filmu jest wyłącznie życiowa rola Zapasiewicza, ale moim zdaniem to niesprawiedliwa ocena tego znakomitego filmu. Nawet gorzej zagrany, to byłby nadal bardzo dobry, skłaniający do przemyśleń dramat psychologiczny. Zgrzyta w tym wszystkim jedynie dziwaczny i przerysowany wątek porytego studenta z Torunia, granego w przeszarżowany sposób przez Eugeniusza Priwieziencewa. Natomiast grę Zapasiewicza oceniam mimo wszystko "tylko" na 9.5, gdyż momentami wkrada się tam fałszywa teatralna nuta, co razi tym bardziej, że reszta roli jest wyczesana w kosmos.

Zanudzi do tematu powrócił ćwierć wieku później w filmie "Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową"; do tego stopnia, że Zapasiewicz powtarza tam praktycznie tę samą rolę starego (teraz już dużo starszego) cynika. Wyszło to duuuużo gorzej niż w "Barwach ochronnych", co tym bardziej pozwala docenić ten drugi - starszy - obraz.

Film można obejrzeć legalnie i za darmo na Jutubie.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Ostatni paryżanie / Les derniers Parisiens (2016) [6/10]

plakat Nowi paryżanie

"Ostatni paryżanie" to film przedstawiający świat paryskich podrzędnych nocnych klubów, bawiących się w nich drobnych opryszków, nielegalnych imigrantów, meneli czyhających na ulicach żeby kogoś okraść. Pośród tych nizin społecznych lawiruje dwóch braci. Nas (Reda Kateb) właśnie wyszedł z więzienia i chciałby, żeby prowadzony przez braci nocny klub stał się modnym miejscem, przynoszącym konkretne dochody. Arezki (Slimane Dazi) ma już dość prowadzenia baru i użerania się z pijanymi klientami. Na horyzoncie pojawia się obrotny menadżer organizujący popularne imprezy...

Śmieszne, że film nosi tytuł Ostatni paryżanie, bo występuje w nim tylko jedna Francuzka (Mélanie Laurent) i to w roli drugoplanowej. Właściwszym tytułem byłoby więc "Nowi paryżanie"...

Fabuła tego obrazu nie jest jakoś specjalnie porywająca, ale nie jest to też arthousowa piła. Widząc, że to kolejny "francuski" film o Arabach spodziewałem się też typowej dla "francuskiej" kinematografii imigranckiej apologetyki oraz przejażdżki przez wszelkie możliwe patologie. I tutaj pozytywne zaskoczenie - patologia jest oczywiście obecna z racji wybranej tematyki, ale nie ma tu bynajmniej jej gloryfikacji. Ot - przeciętny film obyczajowy o facecie na zwolnieniu warunkowym, który próbuje zacząć żyć uczciwie. Do poziomu "Carlito's Way" nawet się nie zbliża, ale da się obejrzeć bez bólu. Oczko w górę za świetną, robiącą klimat, muzykę.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Ava (2017) [4/10]

plakat Léa traci talent

13-letnia Ava zaczyna tracić wzrok i wzorem typowej bohaterki filmów "autorskich" będzie to dla niej pretekstem, aby robić najbardziej absurdalne rzeczy jakie tylko wymyśli dla niej debiutująca reżyserka/scenarzystka Léa Mysius.

Szkoda tego filmu. Bo zaczyna się naprawdę nieźle, zapowiadając się na dramat o zmaganiach ze świadomością nadchodzącej utraty wzroku i problemach z porozumieniem z nieodpowiedzialną matką. Film jest świetnie zagrany - wielkie brawa należą się młodziutkiej odtwórczyni roli tytułowej (Noée Abita). Niezłe są również zdjęcia, świetna jest muzyka. Jednak wkrótce historia stacza się w odmęty młodzieńczego buntu, gdzie absurd goni absurd, działania bohaterów są nielogiczne, nieprawdopodobne i nijak nie wynikają z rozwoju fabuły. Miałem wrażenie jakbyśmy jednocześnie ze stopniowo tracącą wzrok Avą oglądali stopniową utratę talentu reżyserki. Gwoździem do trumny jest żenujący ostatni akt, urywający się zresztą bez żadnego zakończenia.

Komu mógłbym ten film polecić? Może miłośnikom kina autorskiego, którzy nie wymagają od filmów, aby ich scenariusz trzymał się kupy i przedstawiał logiczne i prawdopodobne wydarzenia oraz wiarygodne psychologicznie zachowania bohaterów. Myślę, że gdybym był kimś takim, to ten obraz mógłby mi się bardzo podobać, bo warstwie technicznej filmu nie można nic zarzucić.

Mimo tego, że moja opinia na temat Avy jest dość krytyczna, wydaje mi się, że warto śledzić dalszą karierę Léi Mysius. Od strony reżyserskiej film jest zrealizowany świetnie i właściwie jedyne co w nim kuleje to scenariusz. Jeśli pani Léa dostałaby w przyszłości w swoje ręce dobry tekst, efekt mógłby być znakomity.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Ostatnie metro / Le dernier métro (1980) [6/10]

plakat Théâtre Paradiso, czyli słuchajcie uważnie bo nie będę powtarzać

Film nakręcony z miłości do teatru. Przynajmniej taką mam nadzieję. Bo to by mogło tłumaczyć momentami nieznośną na ekranie teatralność gry aktorskiej i mizerię inscenizacyjną scen dziejących się na ulicach, które aż krzyczą "byłyśmy kręcone w studiu". Nie chce mi się wierzyć, żeby w przypadku tak utytułowanego reżysera, jakim jest François Truffaut, było to efektem nieporadności realizacyjnej, a nie świadomego zamysłu. Tak czy siak nie ogląda się tego dobrze – film rządzi się swoimi prawami, a teatr swoimi i chociaż zdarzają się świetne filmy "teatralne" to "Ostatnie metro" do nich nie należy. Przy czym nie bez powodu piszę o tym we wstępie – ten film daje niestety poważniejsze powody, aby uznać go za nie do końca udany.

Zacznijmy od mocnych stron – wszystkie wątki związane z kulisami pracy teatru i przygotowaniami do wystawienia sztuki są bardzo dobre i ewidentnie reżyser włożył w ich nakręcenie najwięcej serca. Nie jest to może "Birdman", ale ogląda się to nieźle i bez znużenia. Historia ta przeplata się jednak z drugą, gdyż film dzieje się podczas II wojny światowej w okupowanym Paryżu. Dyrektor teatru jest Żydem, musi się więc ukrywać w tegoż teatru piwnicy, reżyserując za pomocą notatek spisywanych podczas prób, którym przysłuchuje się przez kanał wentylacyjny (co samo w sobie jest całkiem interesująco pokazane). Z kolei bohater grany przez Gérarda Depardieu potajemnie jest członkiem Ruchu Oporu. Niestety ta część filmu została przez Truffaut potraktowana ewidentnie po macoszemu - jest niemrawa, letnia i nijak nie oddaje grozy niemieckiej okupacji (nawet biorąc poprawkę na to, że okupacja we Francji na pewno wyglądała inaczej niż okupacja w Polsce). Zwłaszcza jednak z polskiej perspektywy, dla kogoś, kto wychował się chociażby na "Polskich drogach", przedstawiona w tym filmie groza życia pod niemieckim butem niewiele odbiega od tej przedstawionej w serialu "'Allo 'allo". Cały czas czekałem, aż do piwnicy, w której ukrywa się nasz biedny dyrektor wpadnie fałszerz Leclerc (To ja, Leclerc!) aby przygotować dyrektorowi lewe papiery francuskiego sprzedawcy cebuli.

Absolutnie żenująca jest również końcówka, która wygląda, jakby reżyserowi skończył się budżet lub znudziło mu się kręcenie własnego filmu. Resztę dopowiada więc spoza kadru, ilustrując streszczenie kilkoma ujęciami z dalszymi losami bohaterów. Po prostu nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Cztery lata później Truffaut zmarł na guza mózgu – może to już były pierwsze symptomy? Oczywiście, jest to rozwiązanie, które spotyka się w innych filmach (świetnie wyszło chociażby w "Boogie Nights" Andersona). Jednak tutaj zrobiono to wyjątkowo nieporadnie, a fabuła została ewidentnie urwana wpół słowa i wpół wątku miłosnego.

Ano właśnie – wątek miłosny. Przecież nic o tym jeszcze nie wspomniałem. Bo i nie ma za bardzo o czym. Film jest rzekomo melodramatem - rzekomo, bo o tym, że pomiędzy głównymi bohaterami rozkwita skrywane uczucie, dowiadujemy się bardzo późno, z żenującego dialogu, w którym Deneuve i Depardieu opowiadają nam, co czuli do siebie, a czego nijak nie zdołał (nie chciał?) widzom pokazać reżyser. Można się oczywiście domyślać, że są sobą zafascynowani, ale z tej skrywanej fascynacji do pewnego momentu nie wynika nic, a potem wynika aż nazbyt wiele.

Podsumowując, pomimo swoich wad jest to niezły film i nie żałuję, że go obejrzałem. Trzeba tylko mieć świadomość, że siadamy do oglądania filmu obyczajowego o teatrze, a nie kipiącego od emocji wojennego (okupacyjnego) melodramatu.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Ślub / Noces (2016) [3/10]

plakat Człowiek może opuścić Pakistan, ale Pakistan nie opuści człowieka

Film "Ślub" to muzułmańska parodia "Brave" (czyli "Meridy Walecznej", jak chciał polski dystrybutor). W roli szalonego niedźwiedzia występują obyczaje ludzi pierwotnych.

Merida... eeee.... to znaczy Zahira (Lina El Arabi) kończy 18 lat. Najwyższa więc pora na zamążpójście. Postępowi rodzice przedstawiają niepokornej dziewczynie aż trzech kandydatów i pozwalają jej samej dokonać wyboru (tfu... co za lewactwo). Nadchodzi dzień turnieju łuczniczego - ojoj, chyba znów pomyliłem filmy...

Dlaczego robię sobie jaja z pogrzebu? Bo nie jestem w stanie traktować poważnie filmu, którego twórca każe biednej bohaterce, próbującej wyrwać się z objęć Trzeciego Świata, wygłaszać teksty w stylu "Nie mogę go usunąć - przecież to muzułmanin", "Nie usunęłam go w środę a teraz ono ma już duszę" oraz modlić się grzecznie do Allaha, przekonując jednocześnie siostrę, że należy się buntować przeciwko ubezwłasnowolnieniu kobiet. Szkoda, że zamiast bezmyślnie bić czołem o dywanik, nie poczytała kiedyś Koranu. Mogłaby się trochę zdziwić. No przepraszam bardzo – albo chcemy być wyzwolone, albo wyznajemy barbarzyńskich bogów. Nie da się zjeść ciastka i mieć ciastka.

Szkoda, że ten prosty fakt ciągle umyka zachodnioeuropejskim pożytecznym idiotom, którym wydaje się, że problemem nachodźców z Trzeciego Świata są bieda, brak edukacji i ekstremiści. Tymczasem ich problemem jest przekazywana z pokolenia na pokolenie mentalność rodem z epoki kamienia łupanego oraz barbarzyńskie obyczaje, dla których paliwem jest równie barbarzyńska religia. Ekstremizm to tylko bękart tego zakazanego związku.

Może niesprawiedliwie odczytuję intencje reżysera tego filmu, ale jeśli tak, to moim zdaniem nie udało mu się przekonująco przedstawić tego, co w tej historii jest naprawdę przerażające. Oczywiście – jednostkowa tragedia jakiejś nastolatki jest tragedią, ale co naprawdę powinno mrozić krew w żyłach widzów, to pokazana mimochodem implementacja Trzeciego Świata w Europie. Sceny, w których żyjący sobie w cywilizowanym kraju jak pączek w maśle Pakistańczyk wykrzykuje do bezradnego Europejczyka teksty w stylu "Mam w dupie wasze kobiety. Pakistańczyk żeni się z Pakistanką". A przecież odpowiedź sama się nasuwa: "Mam w dupie wasze barbarzyńskie obyczaje. Jak się cywilizacja nie podoba, to wyallahuj z powrotem do Pakistanu. Tylko ciekawe kto będzie leczył twoją chorobę serca. Ale może twój bóg ci pomoże".

Podobnie nakręcony film o holokauście przedstawiałby rozterki sympatycznego i przystojnego gestapowca wahającego się, czy powinien zabijać wszystkich Żydów, czy też dzieci powinno się oszczędzać i oddawać do adopcji Aryjczykom. W tle niby byłaby Zagłada, ale coś by jednak lekko zgrzytało, czyż nie?

W filmie występuje postać europejskiej przyjaciółki, Aurore (Alice de Lencquesaing), oraz jej ojca André (Olivier Gourmet) – i ci bohaterowie mogliby służyć jako kontrapunkt dla chorego światopoglądu nie tylko pakistańskich rodziców, ale i samej Zahiry. Jest to jednak zupełnie nie wygrane i jedyne co otrzymujemy to pojedynczy opad szczęki Aurore na wieść o tym, że embrionowi wyrosła dusza oraz milcząca rezygnacja André słuchającego plemiennego bełkotu tatusia Zahiry (Babak Karimi) wykładającego wyższość obyczajów pakistańskich nad europejskimi.

Podsumowując – jeśli reżyser próbował pokazać, że prawdziwym problemem jest barbarzyńska mentalność muzułmańskich imigrantów, to mu się nie udało. A jeśli nie widzi nic złego w przeszczepianiu barbarzyństwa na europejski grunt i problemem jest dla niego tylko to, że niektórzy rodzice są troszkę za bardzo konserwatywni - to tym gorzej dla pana reżysera. Znamienne w tym wszystkim jest to, że film ten nakręcił rodowity Belg a nie Pakistańczyk. Mam wrażenie, że jednak europejscy muzułmanie często mają bardziej trzeźwe spojrzenie i większy wgląd w sytuację i problemy społeczności imigrantów (oraz z imigrantami) niż lewicowi pożyteczni idioci, którzy z tolerancyjnymi klapkami na oczach zaklinają rzeczywistość ("wystarczy, że przestaną zakopywać nieposłuszne córki w ogródku i wszyscy będziemy żyć długo i szczęśliwie"). A jeśli ktoś chciałby obejrzeć dla odmiany dobry film na ten sam temat (do tego stopnia ten sam, że "Ślub" wydaje się solidnie inspirowany, żeby nie użyć innego słowa), to polecam turecki film "Obca". Tam dramat głównej bohaterki przedstawiony jest w dużo bardziej poruszający sposób i nie sprawia wrażenia niezamierzonej parodii.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Błogosławieni / Les bienheureux (2017) [8/10]

plakat Pocztówka z Algierii

Bardzo dobry dramat. Chociaż jest to pierdyliard pierwszy "francuski" film o Arabach (no dobra, tym razem to koprodukcja, a reżyserka jest Algierką), to tym razem udało się uniknąć gloryfikacji patologii oraz użalania się nad biednymi pokrzywdzonymi beneficjentami 500+. Może dlatego, że fabuła filmu toczy się w Algierii a nie w algierskiej kolonii nad Sekwaną.

Film jest świetnie zagrany, pozwala też podpatrzeć egzotyczne dla nas życie codzienne w Algierii. Ale najbardziej jest w nim wartościowe to, że nie próbuje wybielać arabskiej rzeczywistości, co jest normą we "francuskim" kinie ostatniej dekady. Głównymi bohaterami jest mieszane małżeństwo Araba i Francuzki, co pozwala pokazać kontrast pomiędzy europejską i bliskowschodnią* mentalnością. Na Algierię patrzymy w dużej części oczami rozczarowanej tym krajem Europejki, jednak film nie popada wcale w łatwe tony populistycznego wołania "ale to syf jest, fuj!". Z drugiej strony tam, gdzie krytyka się należy, reżyserka nie waha się krytykować, pokazując popadanie społeczeństwa w odmęty religijnego zabobonu, wszechobecną korupcję, zdemoralizowaną policję, głupkowatą młodzież. Warto obejrzeć, jeśli będziecie mieli okazję.

*) Tak, wiem, że Algieria leży w Afryce.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Körfez / The Gulf (2017) [3/10]

plakat Pozycja obowiązkowa dla gutkofilów

32-letni Selim, przedstawiciel klasy średniej, po utracie pracy i rozwodzie wraca do rodzinnego miasta i wprowadza się z powrotem do rodziców. Nie mając sprecyzowanych planów na przyszłość, szwenda się bez celu po mieście, obserwuje bankrutującą firmę swojego ojca, uprawia seks z zamężną byłą dziewczyną - wszystko to niemalże bezwolnie, bez jakiejkolwiek inicjatywy. Przypadkowo spotyka również mężczyznę o imieniu Cihan, który twierdzi, że w wojsku służyli w jednym oddziale, co dziwi Selima, gdyż kompletnie gościa nie kojarzy. Poprzez nowego znajomego Selim poznaje uboższą stronę rodzinnego miasta, gdyż Cihan wywodzi się z bardzo biednego środowiska. Gdy przeraźliwy smród z tankowca, palącego się w sąsiadującej z miastem zatoce, spowija całe miasto, Selim wydaje się być jedyną osobą, której to nie przeszkadza.

Nie dajcie się oszukać. Ten film zaczyna się jak typowy obyczaj, lekko tylko trącący arthousem, aby z czasem okazać się pretensjonalną "festiwalową" kupą o niczym. W międzyczasie okaże się, że ukradziono wam 2 godziny życia. Wszystko przebija - ach, jakże pełne głębokiej jak dół pod wychodkiem symboliki - zakończenie. Mam nadzieję, że reżysera dunder świśnie, co oszczędzi nam jego dzieł w przyszłości.

Moje wkurzenie wynika w dużej mierze z faktu, że film zapowiada się naprawdę nieźle. Ma miejscami dziwny, lekko surrealistyczny klimacik, który obiecuje zupełnie inny obraz niż w efekcie otrzymujemy i z którego absolutnie nic nie wynika. Wszystkie wątki prowadzą całkowicie donikąd, a najbardziej interesujące sceny okazują się nie mieć żadnego związku z resztą fabuły, będąc wyłącznie pustymi symbolami pretensji tfurców.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Pin Cushion (2017) [8.5/10]

plakat Syreny 2, czyli co gryzie Carrie Grape

W tym oryginalnym filmie współczesna Pippi Langstrumpf (Lily Newmark) boryka się z problemami wieku dorastania. Dawno nie byłem angielską nastolatką, więc trochę ciężko mi stwierdzić, gdzie kończy się fantazja a zaczyna rzeczywistość. Wszystko wydaje się tak przerysowane, że ogląda się to jak film science fiction o mieszkańcach obcej planety, ale z drugiej strony kompozycja i tematyka wskazują na dramat obyczajowy. Ale w końcu baśnie Andersena też potrafiły być nieźle przygnębiające i całkiem poważne. Dlaczego więc nie miałaby powstać współczesna baśń na serio? W sumie - bardzo dziwne dziełko. Dziwna jest nawet gra aktorska - genialne kreacje głównych bohaterek i farsowo przeszarżowane postaci drugoplanowe. Gdyby tak grali wszyscy, pomyślałbym, że po prostu reżyserka nie potrafi prowadzić aktorów. Ale w tej sytuacji? Czemu ma służyć taki absurdalny zabieg (zakładając, że jest on celowy)?

Pomimo specyficznej formy, film robi wrażenie, gdyż tacy biedni ludzie naprawdę istnieją. Nawet jeśli nie spotykają ich aż tak absurdalne perypetie, jak ukazane w tym obrazie, to ich cierpienie jest takie samo, jeśli nie większe. Bardzo mocny jest zwłaszcza wątek zaburzonej matki (niesamowita Joanna Scanlan), a sceny takie jak kupno karmy dla wyimaginowanego kota, są autentycznie poruszające. Jednak gdyby nie owa karykaturalna forma, pasująca bardziej do gównianych komedii z Jimem Carreyem, całość mogłaby robić dużo większe wrażenie. Ode mnie mimo wszystko ocena 8.5/10.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Zabliźnione serca / Inimi Cicatrizate (2016) [4/10]

plakat Rumuński pacjent

"Zabliźnione serca" to film obyczajowy o studencie chorym na gruźlicę kości, próbującym dojść do zdrowia w rumuńskim sanatorium w latach 30-tych XX w.

Mam mieszane uczucia po obejrzeniu tego filmu. Na plus można mu zaliczyć stylową realizację, świetne zdjęcia, scenografię, kostiumy, grę aktorską, wreszcie niemal dokumentalne przedstawienie ówczesnych metod leczenia, z dzisiejszej perspektywy wyglądających jak kolejna część "Piły". To wszystko sprawia, że film ogląda się z zainteresowaniem, przynajmniej początkowo.

Jednak z drugiej strony, jest on zdecydowanie za długi (trwa prawie dwie i pół godziny); wraz z bohaterem bierzemy udział w powtarzających się czynnościach, zabiegach, wędrówkach szpitalnymi korytarzami. Męczące są również niekończące się mętne dyskusje o filozofii, ówczesnej polityce, popularnych (w Rumunii, jak mniemam) poetach, które z perspektywy Polaka żyjącego 80 lat później nie są ani ciekawe ani wręcz zrozumiałe. Nie przypadł mi również do gustu zabieg przetykania fabuły cytatami z twórczości rumuńskiego pisarza Maxa Blechera. Na motywach jego autobiograficznej powieści został oparty ten film, co w pewnym sensie usprawiedliwia ten pomysł, ale krótkie cytaty, wyjęte z kontekstu i przerywające filmową narrację, sprawiają chaotyczne wrażenie i nijak nie pozwalają docenić kunsztu pisarza.

Jeśli ktoś ma cierpliwość oraz dużo czasu, albo fascynuje go przedwojenna medycyna lub rumuńskie przedwojenne życie społeczne, może obejrzeć. Innym chyba raczej odradzam.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Bez Boga / Bezbog (2016) [3/10]

plakat Sztuka filmowania niczego

Nagrodzony w Locarno dramat obyczajowy. Festiwal w Locarno to chyba najbardziej "arthousowy" z wielkich festiwali, odpowiednik polskich Nowych Horyzontów. Właściwie sam jestem więc sobie winien, że nie uciekłem z krzykiem. Ten film to typowa dla tego festiwalu niestrawna autystyczna piła.

Sama tematyka wydaje się interesująca - ukazanie skorumpowanego, postkomunistycznego państwa w stanie moralnego upadku i społecznego uwiądu. Wszystko tu jest brzydkie i beznadziejne - począwszy od budynków, a skończywszy na ludziach je zamieszkujących. To oczywiście nie jest żaden zarzut - od tej strony film przypomina twórczość nieodżałowanego Aleksieja Bałabanowa, ze sztandarowym "Ładunkiem 200" na czele. Za tę ważną tematykę dodałem filmowi dwie gwiazdki, gdyż inaczej byłoby 1/10. Jednak tam, gdzie geniusz Bałabanow przekuł refleksję nad upadłym światem bez Boga, zasiedlonym przez upadłych ludzi, w chwytający za gardło thriller, grafomanka Petrowa kryminalno-obyczajową intrygę, która teoretycznie stanowi szkielet jej filmu, zamienia w studium kamienno-tępej twarzy głównej bohaterki.

Można i tak. Jak twierdzi reżyserka, w swoich filmach stara się "budować jak największe napięcie poprzez ograniczenie się do pokazania samej istoty rzeczy, jak w poezji haiku. Dzięki temu widz może przeżyć prawdziwie głębokie doświadczenie". Niestety, tym czego ja głęboko doświadczyłem na jej filmie, była potworna nuda. Ten film to nie jest haiku, tylko bazgroł na marginesie powstały podczas rozpisywania długopisu. Oczywiście mam świadomość, że takie kino ma swoich gorących zwolenników (dzień dobry, panie Gutek) - w końcu i ten obraz został obsypany nagrodami. Nikomu nie odmawiam prawa do podziwiania na ekranie niczego. Mam nadzieję, że mnie nikt nie odmówi prawa do mówienia wprost, że dla mnie takie filmy są bezwartościowe.

Czarę goryczy przelała prymitywna metafora Góry Bez Boga. Tu już naprawdę ręce opadają i człowiek zaczyna się zastanawiać o co chodzi twórcy takich filmów. Bo z jednej strony cała historia opowiedziana jest niedomówieniami, półsłówkami, można powiedzieć "obok", niczym na słynnym obrazie "Pejzaż z upadkiem Ikara" Pietera Bruegla. Jest to zrobione - moim zdaniem - w nieudolny sposób, ale OK, taka była koncepcja, rozumiem; czy jej realizacja się udała czy nie, to już jest odrębna kwestia. Ale po tym wszystkim, po tym półtoragodzinnym "nieopowiadaniu", mamy nagle wygarnięty prosto z mostu morał oraz absurdalne zakończenie, które... co ma właściwie pokazywać? Karmę? Boską sprawiedliwość? Naprawdę, pani Reżyserko?

No i na zakończenie gra aktorska. Nagrody za główną rolę pielęgniarki Gany dla Ireny Iwanowej to chyba jakiś ponury żart. No chyba, że chodzi o docenienie umiejętności utrzymania tego samego tępego wyrazu twarzy przez prawie dwie godziny.

Podsumowując, miłośnikom kina "nowohoryzontalnego" mogę ten obraz z czystym sumieniem polecić. Wszystkim innym - szczerze odradzam.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

West of Sunshine (2017) [7/10]

plakat Znacie? To posłuchajcie...

Solidny, choć dość schematyczny, dramat obyczajowy. Gwiazdka w górę za wspaniałą klimatyczną muzykę autorstwa Lisy Gerrard z Dead Can Dance.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Wersety zapomnienia / Los versos del olvido (2017) [8/10]

plakat Interesująca porcja realizmu magicznego prosto z Chile

Fabuła jest trochę dziwna (udziwniona?), ale film ma naprawdę fajny klimacik, pełnokrwistych i oryginalnych bohaterów i jest świetnie zagrany. Naprawdę warto. Polecam.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Zniknięcie / Napadid shodan (2017) [6/10]

plakat Irańskie "Bonnie and Clyde"

Irańskie "Bonnie and Clyde". Dwoje młodych przestępców próbuje uniknąć konsekwencji popełnionej zbrodni. A zbrodnią tą jest seks przedmałżeński.

Para nastoletnich bohaterów błąka się więc w środku nocy po Teheranie, odwiedzając szpital za szpitalem i próbując uzyskać dla dziewczyny pomoc lekarską bez konieczności przyprowadzania męskiego opiekuna panienki, czyli tatusia - pałającego zapewne w takiej sytuacji żądzą mordu za "zhańbienie rodu".

Film jest przyzwoicie zrealizowany, nie jest arthousową piłą i w sumie ogląda się go nieźle. Mnie jednak trochę przeszkadzała absurdalność problemu, który stanowi oś filmu. To znaczy nie zrozumcie mnie źle - islamska ciemnota jest poważnym problemem i to dla całego świata, nie tylko dla biednych irańskich nastolatków. Ale nie podoba mi się rozłożenie akcentów przez twórców tego obrazu. Film jest bowiem nakręcony tak, jakby problem głównych bohaterów nie był absurdalnym rezultatem religijnej patologii, ale jakbyśmy naprawdę oglądali perypetie dwojga przestępców - w Polsce tak nakręcony film mógłby opowiadać o nastolatkach, którzy potrącili kogoś po pijaku samochodem. Bardzo możliwe, że tylko takie rozłożenie akcentów pozwoliło na prześliźnięcie się przez "moherową" cenzurę, ale ja oceniam to co zobaczyłem, a nie to, co być może twórcy chcieliby powiedzieć, gdyby mogli. Gdy pokazuje mi się z pełną powagą kraj, gdzie lepiej być zgwałconą niż kochać się ze swoim chłopakiem, to oczekuję jednak, żeby przekaz płynący z ekranu mówił mi "pssssttt... wiesz, to chore". Tu tego niestety nie dostrzegłem.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Espèces menacées / Endangered Species (2017) [8.5/10]

plakat Znakomity dramat obyczajowy

Znakomity dramat obyczajowy w stylu Altmana (przeplatające się historie "zwykłych ludzi"), ale pozbawiony altmanowskiej ironii. Co nie jest, broń Potworze, żadnym zarzutem - wyjaśniam tylko czego można się spodziewać. Wyróżnia się świetna gra aktorska, pełnokrwiste postaci, scenariusz również jest bardzo dobry, a historie interesujące i ciekawie poprowadzone. Może tylko dwóm z nich twórcy dali zbyt mało czasu ekranowego (zwłaszcza wątkowi córki wychodzącej za starego zgreda), ale z kolei pozostawiło to więcej miejsca dla trzeciej opowieści - o przemocy domowej, najbardziej z nich przejmującej. Gorąco polecam.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Dene wos guet geit / Those Who Are Fine (2017) [1/10]

plakat Nocny koszmar telemarketera

Pełnometrażowy debiut niejakiego (jakoś słowo "filmowiec" nie chce mi przejść przez gardło) Cyrila Schäublina. Chociaż formalnie pełnometrażowy, film ten to tak naprawdę 10-minutowa schematyczna krótkometrażówka o oszustwie na wnuczka połączona z godzinnym zapisem nocnego koszmaru telemarketera. Składa się on niemal wyłącznie z rozmów o cenach taryf telefonicznych, o problemach z dostępem do sieci, o ofertach ubezpieczeniowych, o obsłudze rachunków bankowych, o niepamiętaniu tytułów filmów, aż po dyktowanie haseł do WiFi i numerów paszportów. I potraktujcie poważnie to co piszę, bo nie żartuję, jeśli chodzi o proporcję treści do wypełniacza. Około 10 minut w sumie trwają chociażby dwie sceny z pracy telemarketerów, podczas których obserwujemy i słuchamy, jak dzwonią do ludzi z jakimiś ofertami.

Próbki dialogów:

- UX, 89...
- UX, 89...
- ZN, 16...
- ZN, 16...
- 27, IP...
- 27, IP...
- 63, 19.
- 63, 19.
- Super. Działa. Dzięki.
- Proszę
- Wariactwo, przypomniał mi się teraz ten film. Jaki on miał tytuł? Jest tam taka scena, w której terrorysta podaje hasło drugiemu facetowi. Terrorysta jest przebrany za bankiera i podaje hasło prawdziwemu bankierowi. I ono aktywuje bombę i cały bank wylatuje w powietrze. A w tym czasie dyrektor banku wpada w szał. I to nie ma nic wspólnego z atakiem terrorystycznym. W tym banku mają miejsce niezliczone transfery pieniężne. To duży bank, coś jak Europejski Bank Centralny. I gdy wybucha, wszystkie banknoty i papiery wartościowe, to wszystko zaczyna wirować w powietrzu. Po prostu wariactwo, do tego w slow motion. I muzyka...
- Jaka była ta muzyka?
- To nie była klasyczna muzyka filmowa, raczej coś minimalistycznego. A potem to było jak fajerwerki. Nie wiecie o jakim filmie mówię, prawda?

(20 sekund ciszy)

- Moje połączenie z Internetem jest zbyt wolne. Naprawdę powinno być szybsze.
- Przenieś się do Switzerland Everywhere. Są najtańsi. Płacisz tylko 9.99 miesięcznie i taryfa obejmuje całą Europę.
- Naprawdę?
- Ile Ty płacisz?
- No ja jakieś 39 franków.
- Kurczę, nie mogę pozbyć się z głowy tej melodii. Angielskiego piosenkarza
(nuci przez 20 sekund).
(20 sekund ciszy)
- Znasz ten film? Naprawdę dobry film, który widziałam ostatnio. Jaki on miał tytuł? O dwóch policjantach, którzy się w sobie zakochują. Naprawdę... Już dwa razy go widziałam. Jest świetny.

Jak rozumiem, Schäublin chciał zilustrować to, jak ważne stało się w zachodnim społeczeństwie korzystanie ze smartfonów, jako że w każdej scenie bohaterowie są pochłonięci obsługą telefonów lub tabletów, oraz jak puste stało się nasze życie i jak powierzchowne są relacje społeczne. Szkoda tylko, że jego dzieło jest równie puste i pozbawione znaczenia jak rozmowy o pupie Maryni prowadzone przez jego bohaterów. Przykro mi, że kolega reżyser ma mózg wyprany pracą jako telemarketer i jedyne o czym potrafi opowiadać to swoje rozmowy o niczym z kolegami z pracy, ale nie rozumiem, dlaczego nikt mu nie wytłumaczył, że kręcenie o tychże rozmowach 70-minutowego filmu to nie jest najlepszy pomysł. Może lepiej byłoby się zwolnić i - bo ja wiem - wyruszyć w podróż dookoła świata? Albo poczytać książki? I jak już zdobędzie się jakiś bagaż doświadczeń lub przemyśleń głębszych niż dialog o ustanawianiu połączenia przez hotspot WiFi - wrócić do pomysłu zostania filmowcem?

Oglądanie tzw. kina festiwalowego jest jak chodzenie po polu zaminowanym przez stado krów. I muszę z pewnym podziwem przyznać, że to jest największy krowi placek, w jaki wdepnąłem od dłuższego czasu.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

3/4 (2017) [3/10]

plakat Przekleństwo inżyniera Mamonia

Film obyczajowy absolutnie o niczym. Wzorcowe kino "festiwalowe", oczywiście nakręcone statyczną kamerą z równie nudnymi ujęciami. Jedno co na plus, to świetna gra nastoletnich aktorów.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Severina (2017) [4/10]

plakat Rzuć kostką a powiem Ci czy Cię kocham

Film o miłości do książek. Oraz o obsesji na punkcie kobiety. Co jest przedstawione przy pomocy niestety całkowicie absurdalnej i niewiarygodnej fabuły. Szkoda, bo zaczyna się nawet nieźle, przypominając "Nothing Personal" Urszuli Antoniak (a już ten film lekko naginał granice prawdopodobieństwa ludzkiego zachowania).

A co mam na myśli pisząc o rzucie kostką? Zacznijmy od tego, co to jest gra fabularna. Jest to typ gry, gdzie grający wcielają się w postaci, które biorą udział w przygodzie, toczącej się według scenariusza ustalonego przez prowadzącego (tzw. Mistrza Gry) a skuteczność ich działań jest ustalana przez owego Mistrza Gry za pomocą rzutów kostką.

Jest natomiast modyfikacja tej gry, gdzie brak jest scenariusza i Mistrza Gry - wymyślamy sobie postacie i sytuację wyjściową (np. bohaterowie lecą statkiem kosmicznym), a absolutnie wszystko, co spotyka bohaterów, jest ustalane na bieżąco przy pomocy rzutu kostką. Grający umawiają się np. "jak wypadnie 1-2 to napadną nas obcy, jak 3-4 to dolecimy do miejsca przeznaczenia a jak 5-6 to wpadniemy w czarną dziurę i wyrzuci nas w alternatywnym wszechświecie".

Gra ta przypomina mi się za każdym razem, gdy oglądam filmy pokroju "Severiny". Bo postacie w takich filmach nie zachowują się tak jak normalni przedstawiciele gatunku homo sapiens, którymi kierują obyczaje, uczucia, rozum, popędy i tym podobne ludzkie cechy. Bohaterowie postępują, jakby kierował nimi wyłącznie ślepy los - przypadkowy rzut kostką autora scenariusza.

Ona zostaje na noc, zachęca go do pieszczot, po czym (rzucamy kostką):
1. beczy jak koza i zaczyna obgryzać mu kołnierzyk koszuli,
2. odpycha go, oznajmia, że jest lesbijką i wychodzi,
3. na zmianę śmieje się i płacze, gdy on ją pieści, pozostając sztywna jak kłoda,
4. prosi go, żeby się odwrócił tyłem, po czym wypróżnia się na dywan i woła "Teraz! Kochaj mnie!",
5. policzkuje go ale pozwala się dalej pieścić,
6. pierdzi i zaczyna śpiewać arie operowe.

I teraz proszę zgadnąć, co wypadło scenarzyście "Severiny" (albo autorowi powieści, bo film jest ekranizacją - nie mam pojęcia jak bardzo wierną).

Jeśli komuś nie przeszkadza, gdy bohaterowie filmowi zachowują się w niewiarygodny psychologicznie sposób, może dać temu filmowi szansę. Zrealizowany jest sprawnie i w sumie da się oglądać, zwłaszcza jeśli lubi się artystyczne kino nieholiłudzkie.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]