Crash Test Aglaé (2017) [9.5/10]

plakat Aglaé Miauczyńska jedzie do Indii

"Crash Test Aglaé" to historia Aglaé (w tej roli India Hair - to nie żart, tak nazywa się aktorka), młodej kobiety z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi (pamiętacie bohatera "Dnia świra"?). Ze swoją nerwicą radzi sobie, prowadząc skrajnie ustabilizowane życie i obsesyjnie poświęcając się pracy testerki zderzeniowej w fabryce samochodów. Pewnego dnia firma w ramach cięcia kosztów postanawia zamknąć fabrykę, w której pracuje Aglaé i otworzyć taką samą w Indiach. Teoretycznie pracownicy mogą podjąć pracę w nowym zakładzie na indyjskich warunkach - za ułamek dotychczasowej pensji i bez żadnych świadczeń socjalnych. Ale Aglaé, jak każda osoba z nerwicą natręctw, jest skrajnie uparta i boi się zmian a jej praca stanowi sens jej życia. Ku zaskoczeniu i konsternacji dyrekcji postanawia więc przyjąć "ofertę do odrzucenia" i przenieść się do Indii, choćby miała tam pójść na piechotę.

Jak ja lubię takie niespodzianki. Pośród sterty festiwalowego arthousowego śmiecia trafiła mi się znienacka ta cudowna, zjadliwa, lekko surrealistyczna komedia, ze świetnym scenariuszem, inteligentnym humorem, znakomitą grą aktorską i pięknymi zdjęciami. Spora część humoru oparta jest na tym, że barwne postaci z kamienną twarzą robią absurdalne rzeczy a kamera filmuje je jakby to było zupełnie normalne. Jeśli nie parskniecie śmiechem na widok kobiety kąpiącej się w wannie z psem, to znaczy, że taki rodzaj humoru nie jest dla Was. Jeśli jednak lubicie np. komediodramaty braci Coen, gorąco polecam zainteresować się tym filmem. Pierwsza jego część - czyli cały wątek cięcia kosztów kosztem pracowników - pomimo humorystycznego ujęcia zawiera też całkiem solidną dawkę zjadliwego komentarza społecznego na temat funkcjonowania globalnych koncernów i ich podejścia do zatrudnionych ludzi. Wraz z wyruszeniem Aglaé w podróż obraz zamienia się w film drogi i trochę traci impet. Pod koniec rażą niektóre rozwiązania fabularne z kategorii "deus ex machina"; nie przypadło mi do gustu również samo zakończenie. W ogólnym rozrachunku film pozostaje jednak szaleńczo zabawną i inteligentną komedią, którą polecam każdemu, dla kogo zabawnymi filmami są "American Beauty" i "Big Lebowski" a nie "Głupi i głupszy", polskie "komedie" miłosne czy produkty filmopodobne Sandlera.

Muszę wspomnieć o jeszcze jednym elemencie tego niecodziennego filmu - niespotykanym wśród Francuzów podejściu do języków (co może wynikać z tego, że debiutujący reżyser, Eric Gravel, jest francuskim co prawda, ale jednak Kanadyjczykiem). Po pierwsze - bohaterki filmu znają inne języki poza francuskim i część dialogów jest wygłaszana po angielsku, niemiecku, a nawet polsku i rosyjsku (sic!), a po drugie - twórcy pozwalają sobie nawet na świętokradczy w kraju nad Sekwaną żart, wyśmiewając typowe dla tej nacji oczekiwania, że cały świat będzie (a przynajmniej powinien) mówić po francusku. Well done, Mr. Gravel!

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

El proyecto / The Project (2017) [1/10]

plakat Mokry sen grafomana

Przez godzinę obserwujemy statyczne ujęcia ruin szkoły rolniczej na Kubie. Niech was nie zmyli klasyfikacja tego czegoś jako dokumentu, bo on nic nie dokumentuje. Może poza pretensjami filmowca-grafomana.

[ Filmweb ] [ FDB ]

Vivre riche (2017) [9/10]

plakat Makumba scam

Świetny dokument o afrykańskich oszustach internetowych. Koniecznie, jeśli tylko go gdzieś dorwiecie.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Yvonnes (2017) [1/10]

plakat Liczenie wągrów dla zaawansowanych

Mężczyzna w średnim wieku idzie, jedzie pociągiem, goli głowę, liczy pieniądze, pali papierosa, korzysta z kibla, tańczy na dyskotece. Sekwencję proszę powtarzać aż do zaśnięcia widzów. Czy coś pominąłem? Chyba niewiele. Ale za to możemy wraz z kamerą zajrzeć do ucha głównego bohatera i policzyć mu wągry na nosie. Na dodatek według tfurcy to coś jest dokumentem, a to dodaje całości drugą warstwę absurdu. Przepraszam, że zaspoilowałem cały film, ale dzięki temu oszczędzicie godzinę życia, którą możecie poświęcić na jakieś ciekawsze i bardziej pożyteczne zajęcie, jak na przykład obserwowanie jak rośnie trawa lub czerstwieje chleb.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Ostatni paryżanie / Les derniers Parisiens (2016) [6/10]

plakat Nowi paryżanie

"Ostatni paryżanie" to film przedstawiający świat paryskich podrzędnych nocnych klubów, bawiących się w nich drobnych opryszków, nielegalnych imigrantów, meneli czyhających na ulicach żeby kogoś okraść. Pośród tych nizin społecznych lawiruje dwóch braci. Nas (Reda Kateb) właśnie wyszedł z więzienia i chciałby, żeby prowadzony przez braci nocny klub stał się modnym miejscem, przynoszącym konkretne dochody. Arezki (Slimane Dazi) ma już dość prowadzenia baru i użerania się z pijanymi klientami. Na horyzoncie pojawia się obrotny menadżer organizujący popularne imprezy...

Śmieszne, że film nosi tytuł Ostatni paryżanie, bo występuje w nim tylko jedna Francuzka (Mélanie Laurent) i to w roli drugoplanowej. Właściwszym tytułem byłoby więc "Nowi paryżanie"...

Fabuła tego obrazu nie jest jakoś specjalnie porywająca, ale nie jest to też arthousowa piła. Widząc, że to kolejny "francuski" film o Arabach spodziewałem się też typowej dla "francuskiej" kinematografii imigranckiej apologetyki oraz przejażdżki przez wszelkie możliwe patologie. I tutaj pozytywne zaskoczenie - patologia jest oczywiście obecna z racji wybranej tematyki, ale nie ma tu bynajmniej jej gloryfikacji. Ot - przeciętny film obyczajowy o facecie na zwolnieniu warunkowym, który próbuje zacząć żyć uczciwie. Do poziomu "Carlito's Way" nawet się nie zbliża, ale da się obejrzeć bez bólu. Oczko w górę za świetną, robiącą klimat, muzykę.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Maya the Bee: The Honey Games (2018) [8/10] lub [4/10]

plakat Dozwolone do lat 12

Kontynuacja znakomitego filmu z 2014 roku, niestety już nie tak udana.

Zacząć należy od tego, że (podobnie jak w przypadku poprzedniej części) grupą docelową tego obrazu są zdecydowanie młodsze dzieci. Już na starcie film otrzymuje więc 1 punkt na kredyt. W dobie dziecięcych animacji "dla każdego", które w celu zadowolenia dorosłego widza stają się coraz to poważniejsze, dzieci młodsze niż powiedzmy 7 lat mają coraz to mniejszy wybór obrazów do nich skierowanych. Tutaj nie znajdziemy prawie rubasznych dowcipasów skierowanych do dorosłych, tematyki przemijania, śmierci, złoczyńców chcących zniszczyć świat, scen niczym z horroru. Mamy za to słodkie pszczółki startujące w zawodach - a stawką są zbiory miodku. Emocje w sam raz dla przedszkolaka.

I dobrze - takie filmy też są potrzebne. A spracowanym dorosłym też należy się od czasu do czasu półtorej godziny błogiej drzemki. Jednak nawet film dla przedszkolaka można zrobić lepiej lub gorzej. Poprzednia część była świetna, w prościutkiej formie prezentująca zgrabną historię konfliktu pszczół z szerszeniami, która służyła za lekcję tolerancji i pokazywała mechanizm strachu przed odmiennością.

Niestety, dla tego filmu twórcy wybrali wymiotną i zużytą do cna w "dorosłym" kinie formułę komediodramatu sportowego "od zera do bohatera", "sukces wbrew przeciwnościom", bla bla bla... Grupa docelowa oczywiście łyknie i to - jest wesoło, kolorowo i (dla nich) emocjonująco. Jednak dorosłych mających problem z zasypianiem w kinie czeka tym razem poważny test wytrzymałości i ciężka walka z nudą. Rzadkie elementy skierowane do dojrzałego widza (jak np. postać emo-pajęczycy z depresją) są malowane bardzo grubym pędzlem... Broni się właściwie wyłącznie postać karalucha z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi, ale nawet tu śmiechu do rozpuku raczej nie oczekujcie.

Niektórzy recenzenci mieszają z błotem stronę wizualną filmu, punktując słabą jakość animacji. Moim zdaniem to przesada - oczywiście, to nie jest Disney ani Pixar, ale jest poprawnie. Wszystko jest ładne, płynne i na swoim miejscu, nawet jeśli bez fajerwerków. Nie uważam, żeby pewna prostota animacji była powodem, aby obniżać ocenę filmu. Bo jeśli tak, to co powiedzieć o animacji w takim "Walcu z Baszirem"? A "Maja" jest przecież skierowana do małych dzieci, więc tym bardziej jakiś olbrzymi artyzm nie jest tu koniecznie niezbędny.

Podsumowując, znajoma siedmioletnia krytyczka filmowa oceniła ten film na 8/10. Ja od siebie daję 4/10. Średnia wypada więc w okolicach szóstki. Pamiętajcie zabrać poduszkę i stopery.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Swagger (2016) [10/10]

plakat Jądro ciemności

Niesamowity portret Trzeciego Świata pod Paryżem. Podróż do jądra ciemności, w której za przewodników mamy dzieci i nastolatków, próbujących ułożyć sobie życie w kraju, w którym podobno kiedyś mieszkali jacyś "Francuzi", unikając przy tym bycia zastrzelonym, zasztyletowanym lub zatrudnionym w wiodącej gałęzi przemysłu, a więc handlu miejscowymi bogactwami naturalnymi – narkotykami.

W tym niezwykłym dokumencie zaskakuje szczerość dzieciaków, ich niejednokrotnie bardzo trafne i dojrzałe obserwacje (grubaska, przyszłego kreatora mody czy niesamowitej najmłodszej dziewczynki!). Wrażenie robi też umiejętność filmowców wniknięcia w patologiczne i na pewno hermetyczne środowisko i sfilmowania dresiarstwa przy pracy (a może to inscenizacje, bo aż wierzyć się nie chce, że dilerzy dają się ot tak filmować, niczym zwierzęta na sawannie – chociaż twórcy spędzili podobno w "buszu" dwa lata, oswajając "stado" z kamerą). Zwraca uwagę również rewelacyjny montaż, dzięki któremu podczas wypowiedzi poszczególnych osób oglądamy przebitki z reakcjami innych bohaterów. Niewątpliwie nie są to reakcje na te słowa, gdyż mowa o fragmentach z wywiadami prowadzonymi sam na sam z ekipą filmową. Ktoś więc mówi "boję się" i przebitka na zatroskaną twarz innego dzieciaka. Ktoś opowiada dowcip – cięcie – i ktoś inny się śmieje. Dla niektórych wykorzystany tu zabieg może wydać się dyskusyjny, gdyż jest to jednak pewnego rodzaju manipulacja. Twórcy grają tu jednak w otwarte karty i nikt chyba nie pomyśli, że to są powiązane reakcje. Mnie ten pomysł kupił swoją nieszablonowością. Niezła jest wreszcie muzyka autorstwa Jean-Benoît Dunckela, połowy duetu Air.

Największe brawa należą się jednak twórcom za szczerość i uczciwość. W ostatnich latach regułą we francuskim kinie stała się islamska i imigrancka apologetyka, prezentująca nam biednych, skrzywdzonych, niewinnych i fajnych nachodźców. Niektóre, nawet nagradzane na festiwalach obrazy zbliżają się już do poziomu sowieckiego socrealizmu. Nie wątpię, że twórcom "Swagger" również przyświecał cel pokazania fajnego (miłe i inteligentne dzieciaki) i wzruszającego ("i ktoś go zasztyletował", "byłam molestowana", "boję się wojny") oblicza imigrantów. Jednak, w odróżnieniu od większości rodaków-filmowców, nie posuwają się przy tym do zakłamywania niezbyt miłej rzeczywistości i nie wycinają z wypowiedzi dzieci niepoprawnych politycznie fragmentów, dając tym samym rzadki wgląd w prawdziwą sytuację ginącego na naszych oczach świata. Na zakończenie recenzji oddam może więc głos samym bohaterom:

"Kiedy pojechałam do Paryża, widziałam więcej Francuzów niż czarnych i Arabów. To było dziwne".

"Czarni i Arabowie różnią się od Francuzów. Nie myślimy podobnie. Jeśli jutro umówiłabym się z Francuzem, w mojej rodzinie zmieniłoby się. Mamy inną kulturę. Nie mogę sobie wyobrazić, że moja koleżanka jest Francuzką. Po prostu nie mogę. Nie jesteśmy tacy sami. Nie możemy razem żyć".

"Religia jest dla mnie najważniejsza, zaraz po rodzinie. Czytam często Koran. To mnie uspokaja".

Koniec.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Ava (2017) [4/10]

plakat Léa traci talent

13-letnia Ava zaczyna tracić wzrok i wzorem typowej bohaterki filmów "autorskich" będzie to dla niej pretekstem, aby robić najbardziej absurdalne rzeczy jakie tylko wymyśli dla niej debiutująca reżyserka/scenarzystka Léa Mysius.

Szkoda tego filmu. Bo zaczyna się naprawdę nieźle, zapowiadając się na dramat o zmaganiach ze świadomością nadchodzącej utraty wzroku i problemach z porozumieniem z nieodpowiedzialną matką. Film jest świetnie zagrany - wielkie brawa należą się młodziutkiej odtwórczyni roli tytułowej (Noée Abita). Niezłe są również zdjęcia, świetna jest muzyka. Jednak wkrótce historia stacza się w odmęty młodzieńczego buntu, gdzie absurd goni absurd, działania bohaterów są nielogiczne, nieprawdopodobne i nijak nie wynikają z rozwoju fabuły. Miałem wrażenie jakbyśmy jednocześnie ze stopniowo tracącą wzrok Avą oglądali stopniową utratę talentu reżyserki. Gwoździem do trumny jest żenujący ostatni akt, urywający się zresztą bez żadnego zakończenia.

Komu mógłbym ten film polecić? Może miłośnikom kina autorskiego, którzy nie wymagają od filmów, aby ich scenariusz trzymał się kupy i przedstawiał logiczne i prawdopodobne wydarzenia oraz wiarygodne psychologicznie zachowania bohaterów. Myślę, że gdybym był kimś takim, to ten obraz mógłby mi się bardzo podobać, bo warstwie technicznej filmu nie można nic zarzucić.

Mimo tego, że moja opinia na temat Avy jest dość krytyczna, wydaje mi się, że warto śledzić dalszą karierę Léi Mysius. Od strony reżyserskiej film jest zrealizowany świetnie i właściwie jedyne co w nim kuleje to scenariusz. Jeśli pani Léa dostałaby w przyszłości w swoje ręce dobry tekst, efekt mógłby być znakomity.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Coco (2017) [8.5/10] (ocena 7-latki: 5/10)

plakat Księga życia 2: Coco

"Księga życia 2: Coco" jest, jak większość kontynuacji, gorsza od oryginału. Tak, tytuł tej recenzji jak i powyższe słowa mają być lekko złośliwe. O co mi chodzi? Otóż "Księga życia" to znakomita animacja z 2014 roku, poruszająca w zrozumiały i atrakcyjny dla dzieci sposób trudny temat umierania, pamięci o zmarłych i życia pozagrobowego. Opowieść umiejscowiona jest w realiach meksykańskiego folkloru związanego ze Świętem Zmarłych ("Día de los Muertos") a mieszkający w Krainie Pamiętanych umarli przedstawieni są jako kościotrupy. Brzmi znajomo? No właśnie.

Podobno zarówno "Book of Life" jak i "Coco" - pomimo znaczącej odległości pomiędzy premierami - powstawały w tym samym czasie i rzekomo ich podobieństwo to czysty zbieg okoliczności - w sieci można wyszukać sobie argumenty mające przemawiać za tym, że to przypadek. Na pewno "Coco" nie jest zwyczajnym bezczelnym plagiatem, bo same historie umiejscowione w owym mitycznym świecie Umarłych są odmienne. Jednak podobieństwo koncepcyjne i scenograficzne jest tak uderzające, że naprawdę ciężko uwierzyć, że nie było tu bezpośredniej inspiracji. W końcu ile znacie animacji dla dzieci opartych na przedchrześcijańskich meksykańskich wierzeniach w życie pozagrobowe?

Pomimo tego, pragnę podkreślić, że "Coco" nie dostał ode mnie żadnych punktów karnych za to dziwne podobieństwo, a w dalszej części recenzji postaram się ten film oceniać jakby "Księga życia" nie istniała. Wspominam o tym wszystkim wyłącznie po to, żeby oddać należny pokłon pierwszemu na liście mety. "Book of Life" jest filmem rewelacyjnym a przy tym bardzo niedocenionym, który nie osiągnął należnego mu sukcesu komercyjnego (chociaż był nominowany do Oscara). Jest on moim zdaniem dużo lepszy od "Coco" i wart obejrzenia niezależnie od tego, czy film studia Pixar przypadnie wam do gustu czy nie. Pamiętajmy o "Book of Life", bo, jak uczą oba te obrazy, Zapomnianych czeka bardzo niewesoły los.

Oczywiście oglądając filmy z tego studia nie da się uniknąć porównań, ale wynikających raczej z wygórowanych oczekiwań, które każdy widz ma wobec kolejnych obrazów wychodzących z tej wytwórni. Mając w pamięci takie arcydzieła jak "Ratatuj" lub "W głowie się nie mieści" widz oczekuje niestety takiej samej jakości. Niestety, bo w tym przypadku moim zdaniem nie udało się dorównać najwyższym osiągnięciom Pixara. Ten film jest "tylko" bardzo bardzo ale to bardzo dobry. Nie jest arcydziełem jak rzeczone "Inside Out".

Animacja w "Coco" jest oczywiście perfekcyjna, fabuła gdzie trzeba zabawna, gdzie trzeba emocjonująca, ale czegoś zabrakło - tej iskry, która spowodowała erupcję geniuszu, który wystrzelił "W głowie się nie mieści" na absolutne wyżyny sztuki filmowej. Scenariusz jest tym razem trochę słabszy niż w najlepszych filmach animowanych ostatnich lat. Moim zdaniem największa siła tych najlepszych obrazów tkwi w nieprzewidywalności. Tzw. bajki dla dzieci od zawsze cierpiały na schematyzm, który osobie dorosłej poważnie psuł frajdę z oglądania prezentowanej historii. Od czasów "Shreka" to zaczęło się zmieniać. Pokażcie mi jedną osobę na świecie, która przewidziała zakończenie "Ratatuj" albo rzeczonego "Shreka" lub domyśliła się jak dokładnie potoczy się fabuła "Frozen" czy "How To Train Your Dragon". Tymczasem w "Coco" główna przewrotka fabularna jest niestety wyczuwalna na kilometr, co nie jest oczywiście jakimś strasznym grzechem w filmie - jakby nie było - również dla dzieci, ale mnie osobiście, z wyżej wymienionych powodów, rozczarowało. Rozczarowujące są też piosenki, które nawet nie zbliżają się do mistrzowskiego poziomu "Frozen", pomimo tego, że autorami jednej z nich są kompozytorzy genialnych utworów z "Krainy Lodu" właśnie - Kristen Anderson-Lopez i Robert Lopez.

Moim zdaniem, twórcom nie do końca udało się też zbalansować poszczególnych elementów filmu. Wiadomo, że w obrazie skierowanym do dzieci muszą być elementy komediowego oddechu, sceny akcji, trzeba tu troszkę postraszyć, tam troszkę zasmucić. No i właśnie - wybierając do opowiedzenia taką a nie inną historię, twórcy z góry postawili się trochę na przegranej pozycji. Nie chcę tu streszczać fabuły, bo staram się tego unikać w moich recenzjach, więc napiszę może tak: konflikt jaki oglądamy w tym filmie jest poważny i grożący bardzo daleko idącymi konsekwencjami dla głównego bohatera, Miguela. Jednak nie jest to konflikt z cyklu "goni nas czarny charakter i chce nas zabić". Jest to, można powiedzieć, konflikt rodzinny, a kochająca babcia to nie jest mimo wszystko bohaterka, którą można obarczyć funkcją straszenia widza. W końcu to dalej kochająca babcia, nawet jeśli chwilowo się z nią pokłóciliśmy i przed nią uciekamy. Pojawia się więc potwór, który zaczyna ścigać naszego bohatera a sceny z nim, okraszone odpowiednią muzyką, mają właśnie straszyć. Ale chwila, chwila... Ten potwór nie jest tak naprawdę potworem - on chce Miguela schwytać, żeby rodzina mogła mu pomóc. Gdy człowiek sobie to uświadomi, te w założeniu trzymające w napięciu sceny zaczynają zgrzytać na łączach.

Wielka scena akcji, do której dochodzi pod koniec filmu, również zawodzi. Wydaje się napisana na kolanie, no bo - właśnie - musi być, to jest. Również nie wszystkie przemiany wewnętrzne bohaterów są przekonująco pokazane. A przynajmniej nie jest to poziom tych najlepszych produkcji, o których wspominam wyżej. Zaskakująco mało jest również w tym filmie humoru. To znaczy humor jest, ale głównie ten skierowany do dorosłych i nastolatków. Bardzo mało jest w filmie humoru slapstickowego, który zapewniłby rozrywkę młodszym dzieciom. Znajoma siedmioletnia krytyczka filmowa stwierdziła bez ogródek, że film jej się nie podobał, bo był nudny (jej ocena to 5/10). A jest to osoba, która świetnie się bawiła na - też przecież poruszającym bardzo poważne tematy - "W głowie się nie mieści". Tutaj było zbyt poważnie - a więc dla niej nudno. Co za to w żadnym stopniu nie zawodzi i gdzie Pixar po raz kolejny pokazuje, że absolutnie nie ma sobie równych w dzisiejszych czasach, to umiejętność wzruszania widza (dla znajomej krytyczki aż za bardzo). Nie wiem jak oni to robią; tym razem łez nie wywołuje nawet śmierć żadnego z bohaterów, tylko zwyczajna scena śpiewania komuś piosenki. Nagle poczułem się, jakby Smutek z "Inside Out" pstryknęła mi w głowie przełącznikiem i zacząłem ryczeć jak bóbr. Dawno już nie czułem takich emocji podczas oglądania filmu. Ktoś, kogo "Coco" nie wzruszy, musi mieć poważny problem z emocjami lub odczuwaniem empatii. Przesłanie filmu, co jest już standardem dla Pixara, jest też zwyczajowo bardzo mądre i nienachalnie podane.

Strasznie się rozpisałem, ale muszę wspomnieć jeszcze o polskim dubbingu. Nie wiem jak to zostało rozwiązane w angielskiej wersji językowej, ale bardzo spodobała mi się decyzja, aby w polski tekst wpleść pojedyncze hiszpańskie słowa lub nawet całe zwroty, mające podkreślać, że rzecz cała dzieje się w Meksyku. Wyszło to zaskakująco zgrabnie i stylowo. Brawo.

Podsumowując, dla mnie "Coco" nie dorównuje najlepszym animacjom ostatnich lat, ale to wciąż bardzo bardzo bardzo dobry, mądry i niezwykle wzruszający film, który gorąco polecam dorosłym oraz starszym dzieciom. Nie wydaje mi się jedynie odpowiedni dla dzieci młodszych niż powiedzmy 8 lat; przy czym wcale nie z powodu wulgarności czy przerażających scen, ale zaskakująco poważnej (nawet jak na Pixara) i zbyt naładowanej emocjami fabuły pozbawionej odpowiedniej ilości komediowych przerywników dostosowanych do percepcji i wrażliwości młodszych dzieci.

(Pssssstttt... Pamiętajcie o "Księdze życia".)

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Człowiek pogryzł psa / C'est arrivé près de chez vous (1992) [8/10]

plakat Śmierć człowieka pracy

Niesamowita groteska i zarazem jeden z najbardziej bezkompromisowych mokumentów jakie kiedykolwiek nakręcono. Trochę tylko zbyt powierzchowny. Zabrakło mi ukazania mechanizmu odpowiadającego za wciągnięcie filmowców w świat zbrodni. No chyba, że film został jednak nakręcony wyłącznie dla beki i niepotrzebnie wszyscy doszukują się w nim jakichś głębszych sensów. Pomimo tego ogląda się z zapartym tchem a kilka scen wbija się w mózg z siłą pocisku z pistoletu głównego bohatera.

Rzadkość: polski (i angielski) tytuł lepsze od oryginalnego ("Zdarzyło się w twoim sąsiedztwie").

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Prawo dżungli / La loi de la jungle (2016) [1.5/10]

plakat Żenująca farsa

Przy tym filmie najgłupsze komedie z Jimem Carreyem jawią się jako Himalaje logiki i wysublimowanego poczucia humoru. Przy czym prawdziwym problemem tego obrazu nie jest wcale słaba jakość slapstickowych dowcipów, a nieporadność realizacyjna. To coś jest właściwie zbiorem niepowiązanych ze sobą skeczy. Brak jest jakiejkolwiek ciągłości akcji, logiki, sceny przechodzą jedna w drugą – bo tak, a montaż robił niewidomy. Kilka, dosłownie kilka, pomysłów zawiera pewien potencjał (zwłaszcza tzw. "running gags"), ale wszystko jest tak przeszarżowane i nieporadnie nakręcone, że jedynym uśmiechem, jaki zawita na waszych ustach podczas projekcji, będzie uśmiech politowania.

Na Filmzjebie, gdzie jakiś czas temu zamieściłem taką mikroreckę, ktoś mi odpisał, że się nie znam, bo ten film to znakomita brawurowa parodia francuskiej Nowej Fali. No cóż – nie ukrywam, że nie znam tego nurtu. Jeśli więc Ty, drogi Czytelniku, znasz, może dostrzeżesz te rzekomo tam obecne inteligentne nawiązania i wyniesiesz z seansu coś więcej niż uczucie dojmującego zażenowania.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]