Dzieje grzechu (1975) [1/10]

plakat Coś przykrego...

Przedwojenne polskie melodramaty to arcydzieła przy tym grafomańskim bełcie. Miłość płomienna jak sztuczny ogień w elektrycznym kominku.

Dostępny legalnie na Jutubie.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Vigilante, El / The Night Guard (2016) [7/10]

plakat Niezwykłe przypadki nocnego strażnika

Troszkę Lyncha, Jarmuscha i braci Coen. Troszkę jeszcze brakuje. Mimo wszystko fajnie się ogląda. Jest klimacik.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Wszystko inne / Todo lo demás (2016) [6/10]

plakat W piekle ludzie wypełniają formularze

Świetnie zagrany, ale fabularnie nie do końca przekonuje. Trochę festiwalowo rozwleczony, ale o dziwo ma klimacik. Mimo wszystko warto.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Minezota (2016) [6/10]

plakat Miłość, muzyka i religia

Do połowy bardzo dobry; później coś siada, ale można obejrzeć. Rzadko się widzi film, gdzie mormoni są przedstawieni na serio (tylko czy na pewno?). Meksyk ukazany jako normalny kraj, gdzie ludzie żyją, bawią, kochają się, a nie jako Rosja 2.0 - nieczęste ostatnio...

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Letras, Las / The Letters (2015) [2/10]

plakat Żenująca bezczelność

"Droga Pani! W programie "Świadkowie" oglądałem Panią przypadkiem.
Od trzydziestu lat w Rembertowie mieszkam, z wojny pamiątki mam rzadkie.
Okradałem kiedyś skrzynki pocztowe - w listach były pieniądze czasami.
Wśród tych listów są trzy obozowe... Może będą ciekawe dla Pani...".

Powyższy wstęp to cytat z utworu Jacka Kaczmarskiego "Świadkowie". Niestety, nie ma on nic wspólnego z recenzowanym tu filmem. Dlaczego go jednak przywołałem, powinno stać się jasne w miarę czytania. Zapraszam.

Muszę zacząć od tego, że oglądanie tego filmu było jednym z bardziej poruszających doświadczeń, jakie mi się ostatnio przydarzyły – przynajmniej jeśli mowa o wrażeniach związanych ze srebrnym ekranem. Jednakże źródłem poruszenia nie było bynajmniej to co zobaczyłem na ekranie, a to, czego nie zobaczyłem.

Ze wszystkich opisów tego filmu, jakie można znaleźć w sieci, wynika, że jest to film dokumentalny, rzekomo przedstawiający poruszającą historię mężczyzny, który został niesłusznie skazany przez skorumpowany meksykański wymiar sprawiedliwości na karę 60 lat pozbawienia wolności za zbrodnię, której nie popełnił. Tytuł, który tłumaczy się na polski jako "Listy", odnosi się do korespondencji, którą prowadził, będąc za kratami.

Rzeczywiście, w filmie od czasu do czasu słyszymy narratora, który spoza kadru odczytuje fragmenty jakichś listów. Ale poza tymi fragmentami – które pozbawione kontekstu byłyby zresztą całkowicie niezrozumiałe dla kogoś, kto nie zapoznał się uprzednio z opisem filmu – nie dowiadujemy się absolutnie niczego o właściwej historii, którą film rzekomo przedstawia. Zamiast tego, na ekranie oglądamy pretensjonalną "festiwalową" piłę, złożoną z przypadkowych ujęć krajobrazu, sylwetek ludzi wpatrujących się w bezruchu w horyzont, dziewczyny tarzającej się w leśnej ściółce, dzieci włóczących się bez celu ulicami anonimowego miasta, i tak dalej i tak dalej. Zamiast jakiegokolwiek komentarza, słyszymy niepokojącą eksperymentalną muzykę, która sama w sobie jest bardzo dobra (jeśli ktoś lubi takie klimaty), ale jako element tego filmu tylko potęguje wrażenie niestosowności całego przedsięwzięcia.

Rozumiem, że są osoby żywiące niezdrowe upodobanie do pretensjonalnego "arthousowego" stylu filmowania, jako wartości samej w sobie. Naprawdę rozumiem. Bywają gorsze zboczenia. Ale wykorzystywanie prawdziwej ludzkiej tragedii jakiegoś biednego niewinnego człowieka wyłącznie jako pretekstu do stworzenia 80-minutowego kolażu przypadkowych przeciągniętych "artystycznych" ujęć filmowych, to po prostu skandal. Wszystko czego dowiadujemy się o bohaterze tego niby "dokumentu", pochodzi z opisu (jeśli ktoś go oczywiście uprzednio przeczyta). Nic, co widzimy bądź słyszymy, nie naprowadza nas na powód i sens recytacji czytanych od czasu do czasu listów bądź pokazywania ujęć ciał zastrzelonych ludzi w mundurach.

Moim skromnym zdaniem, reżyser tego "dzieła" zasłużył na jedną nagrodę za ten popis pozbawionej skrupułów bezczelności zmieszanej z bezdusznością – solidny kop w zadek. Bardzo solidny. Może następnym razem użyje mózgu, zanim wykorzysta jakąś inną tragedię jako pożywkę dla swojej żądzy tworzenia filmowej grafomanii. No chyba że twórcy filmu nie mają nic wspólnego z tymi surrealistycznymi opisami – nie było żadnego niesłusznie skazanego nieszczęśnika, a film nie jest wcale dokumentem. Jeśli za powstaniem tych opisów stoją jacyś podstępni wrogowie naszych filmowców, którzy postanowili się w taki oryginalny sposób zabawić ich kosztem, serdecznie przepraszam za niesłuszne posądzenie o bezmyślność i bezduszność oraz składam głębokie kondolencje.

Na zakończenie… Aby zapobiec ewentualnym reakcjom w stylu "nie znasz się, głąbie, na poetyckim kinie, pewnie tylko głupie komedie oglądasz", chciałbym zwrócić uwagę na inny, niedawno obejrzany przez mnie film (też zresztą meksykański) – "Tempestad" w reżyserii Tatiany Huezo. Jeśli jeszcze go nie widzieliście – gorąco zachęcam. W odróżnieniu od recenzowanego tu obrazu, to naprawdę jest dokument poświęcony tragicznym losom zwykłych ludzi w tym strasznym kraju, jakim stał się Meksyk. Został on nakręcony i zmontowany w podobnym stylu co "Las letras", ale jednocześnie udaje mu się opowiedzieć historie, które były do opowiedzenia, oraz traktuje swoje bohaterki z szacunkiem, a nie wyłącznie jako pretekst do powstania żenującego produktu arthousopodobnego.

Podsumowując – brak słów, żeby wyrazić jak bardzo zły to film. Pretensjonalna filmowa grafomania, w dodatku obraźliwa dla bohatera historii, której – pomimo deklaracji – wcale nie opisuje. Dwa punkty na dziesięć wyłącznie za niezły montaż i oryginalną, niepokojącą muzykę. Gdyby nie to, powinno być 0/10. A dlaczego Kaczmarski? Bo ten utwór naprawdę jest poświęcony tematowi, który deklarują twórcy "Las letras". No i prawdziwy artysta potrafi w trzyminutowej piosence wyrazić więcej, zarówno pod względem treści, emocji, jak i poetyckości, niż filmowy grafoman w 80-minutowym filmie.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Tempestad (2016) [9/10]

plakat Poetycki dokument o państwie upadłym

"Tempestad" to drugi pełnometrażowy film dokumentalny pochodzącej z Salwadoru reżyserki Tatiany Huezo, która filmy kręci w sąsiednim Meksyku. Już jej debiut został dostrzeżony w obiegu festiwalowym i film "Najmniejsze miejsce na świecie" z 2011 r. ma na koncie kolekcję nagród i nominacji, choć może nie na tych największych festiwalach. Natomiast "Tempestad" zdążył już zdobyć Złotą Żabę w kategorii "Pełnometrażowy film dokumentalny" na tegorocznym festiwalu Camerimage oraz nagrodę publiczności na meksykańskim Morelia International Film Festival. Czy zasłużenie? Jak najbardziej.

Obraz ten to porażający dokument poświęcony korupcji policji i wymiaru sprawiedliwości w Meksyku, a właściwie temu, jaki ta korupcja ma wpływ na zwykłych ludzi. Po prostu nie mieści się w głowie, co tam się wyrabia. My w Polsce zwykle słyszymy, oglądamy i czytamy o takich historiach rozgrywających się za naszą wschodnią granicą. Jak się okazuje, Rosja nie jest jednak jedynym na świecie "jądrem ciemności".

Pomimo tego że film uważam za znakomity, lojalnie uprzedzam, że niektórych może znudzić z powodu sposobu narracji. Dwie kobiety na przemian powoli snują zza kadru opowieść o okropieństwach, które je spotkały. Pierwsza, Bogu ducha winna pracownica lotniska, została wtrącona do więzienia, bo – jak szczerze przyznał prokurator – skorumpowane państwo musiało pokazać, że walczy ze zorganizowaną przestępczością. Oskarżono więc grupę niewinnych ludzi. Powolna narracja jest ilustrowana zdjęciami pasażerów podróżujących autobusem, widokami przesuwającego się za oknem krajobrazu itp. - zupełnie bez związku z opowiadaną historią. W dodatku wypowiedzi bohaterki co i rusz są przerywane i zostajemy sam na sam z rzeczonym "vlogiem podróżniczym".

W pewnym momencie do filmu dołącza druga historia - kobiety z rodziny cyrkowców, której córka została porwana, najprawdopodobniej przez handlarzy ludźmi powiązanych z policją. Tu również opowieść jest co chwilę przerywana, a film pokazuje nam codzienne życie trupy cyrkowej, rozstawianie namiotu, ćwiczenia – wszystko w tej samej powolnej, poetyckiej manierze.

Rozumiem ideę przyświecającą wyborowi takiego, a nie innego zabiegu stylistycznego - reżyserka chciała pewnie w ten sposób pozostawić widzowi czas na refleksję, na przyswojenie kolejnych fragmentów opowieści oraz skontrastować opisywane okropieństwa z poetyckością i spokojem kadrów. Jednym słowem - pozwolić historii wybrzmieć. Ale przez taki a nie inny montaż i koncepcję wizualną, ogląda się ten obraz niestety dosyć ciężko. I nie mam tu wcale na myśli ciężkiego kalibru relacjonowanych wydarzeń.

Mimo wszystko, mnie ten film głęboko poruszył i – siedząc obok tak ciekawych pasażerek – jakoś zniosłem tę długą podróż autobusem, ale obawiam się, że wiele mniej odpornych na narracyjne niewygody osób wysiądzie na pierwszym przystanku.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Lupe bajo el sol / Lupe Under the Sun (2015) [1/10]

plakat Nieporozumienie

Ja nie umiem pisać scenariuszy ani reżyserować, ty nie umiesz montować. Weźmy ludzi, którzy nie umieją grać, nakręćmy film i pokazujmy go na festiwalach. Sukces!

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Aurora (2010) [1/10]

plakat Nowohoryzontalny bełt

Jeden raz w życiu wyszedłem z kina przed zakończeniem seansu. Trzygodzinny popis filmowej grafomanii. Wytrzymałem ponad godzinę i przede mną ewakuowała się jakaś 1/3 widzów. Ludzie uciekali jak szczury z tonącego okrętu.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Imitation Game, The (2014) [8/10]

plakat Bardzo dobra biografia

Biografia może trochę zbyt poprawna, ale ranga toczącej się "gry" oraz geniusz i cierpienie głównego bohatera, wynoszą film wysoko ponad przeciętność. Ja się wzruszyłem. Plus genialna gra Benedicta Cumberbatcha. Polecam, nawet osobom, które znają przedstawioną tu historię.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]

Safari (2016) [10/10]

plakat Wściekłość, smutek i odraza

Zapraszam, jeśli chcesz poczuć mieszaninę wściekłości, smutku i odrazy.

W tym filmie seryjni mordercy bez skrępowania opowiadają o swojej żądzy zabijania oraz pozwalają filmować morderstwa. Tylko że to nie jest ekranizacja powieści Thomasa Harrisa, a dokument... Przerażający i przeraźliwie smutny dokument; obnażający ludzkie bestialstwo, które, tak jak u Hannah Arendt, jest banalne. Bestią może być twój uprzejmy sąsiad, który czasem kosi Ci trawnik, ta elegancka i kulturalna bizneswoman, którą spotykasz na wywiadówkach w szkole, szanowany prawnik, którego oglądasz w telewizji lub dentysta, który leczy twoje zęby. Każdy z nich podczas waszej rozmowy o pogodzie może wspominać w myślach to wspaniałe uczucie, którego doznaje, patrząc jak z umierających w męczarniach ofiar uchodzi życie.

"Safari" to pierwszy film Ulricha Seidla, jaki widziałem. Jest to oczywiście uznany austriacki dokumentalista, który pierwszy pełnometrażowy film nakręcił w 1990 roku, a jego kolejne obrazy są od lat pokazywane na festiwalach i nierzadko zdobywają na nich nagrody. Dotychczas jednak nie było nam jakoś po drodze – w końcu nie da się obejrzeć wszystkiego. Niemniej jednak jego poprzedni film, "W piwnicy", był pokazywany w polskich kinach rok temu i czytałem jego recenzje. Jeszcze przed obejrzeniem "Safari" wiedziałem więc, że człowiek ten ma podobno niewiarygodną zdolność namawiania ludzi do pokazywania rzeczy, które powinny być raczej ich najgłębszymi tajemnicami.

Pomimo tego, to co zobaczyłem na ekranie, absolutnie mnie zszokowało. Nie mieści mi się w głowie, jak reżyser przekonał tych ludzi do użyczenia swoich wizerunków na potrzeby tej produkcji. Może kluczem do sukcesu było to, że tylko jeden z "bohaterów" zdawał się mieć świadomość kontrowersyjności swojego zboczenia oraz celu jaki przyświeca twórcom filmu i akurat on postanowił świadomie podjąć rękawicę i inteligentnie bronić swojego światopoglądu, jak chory by on nie był. Cała reszta zwyrodnialców zachowuje się tak, jakby opowiadała o tym, że lubią zbierać grzyby. Co czyni całość jeszcze bardziej przerażającą i w pewien sposób nawet odrealnioną. Podczas projekcji musiałem co i rusz przypominać sam sobie, że to, co oglądam, to dokument. Wyobrażam sobie, że tak mogły wyglądać przesłuchania morderców z plemienia Hutu po ludobójstwie na sąsiadach – członkach plemienia Tutsi, które miało miejsce w Rwandzie w 1994 r. Tam też mordercami byli tzw. "zwykli ludzie", którzy po nocnej "pracy" maczetami wracali do domów, aby wejść w rolę kochających ojców i mężów.

Wracając do "Safari", niektórzy recenzenci zarzucają temu obrazowi powierzchowność i bezcelowość filmowania długich sekwencji polowań, twierdząc, że wbrew intencjom twórców, nie poczuli niechęci wobec morderców. Faktem jest, że film dość powoli się "rozkręca" (jeśli wypada w ogóle użyć tego słowa w tym wypadku), ale w moim odczuciu, dzięki takiej a nie innej kompozycji możemy właśnie dobitnie poczuć ową banalność zła – gdy początkowa nudna "wyprawa na grzyby" zamienia się nagle w planowane okrutne morderstwo.

Lojalnie uprzedzam też, że osoby wrażliwe na cierpienie zwierząt mogą nie dać rady obejrzeć filmu do końca. Scena zabójstwa żyrafy, sfilmowana beznamiętnie i z detalami od początku do samego końca, dosłownie rozrywa serce na kawałki i była dla mnie naprawdę trudna do zniesienia, a nie jestem osobą przesadnie wrażliwą.

Wszystkim, którzy czują się na siłach, gorąco polecam jednak obejrzenie tego przejmującego filmu, który mówi nam o ludzkim człowieczeństwie nie mniej niż najlepsze dokumenty o zbrodniarzach niemieckich, rwandyjskich czy kambodżańskich.

[ Filmweb ] [ FDB ] [ IMDB ]